„Gdzie kończy się świat: Historia Elżbiety z Gór Sowich”
— Szybciej! — wrzasnęłam, czując jak głos rozdziera mi gardło. To nie był już głos Elżbiety, spokojnej wdowy z Przełęczy, tylko ryk matki-wilczycy. Za nami szczekały psy, a echo niosło przekleństwa ludzi Rutyliusza. Pięć minut… pięć minut i moje dzieci zostaną mi odebrane na zawsze.
— Mamo, nie dam rady! — jęknęła Marysia, potykając się o korzeń.
— Dasz radę! — szarpnęłam ją za rękę. — Musisz!
Ale wtedy góra zaryczała. Nie był to grzmot, nie był to wiatr. To był ryk — głęboki, pradawny, jakby coś olbrzymiego obudziło się pod fundamentami Gór Sowich. Siedmioro moich dzieci stanęło jak wryte.
— Ma… mamo… — wyszeptała Lucynka, wskazując na czarną jamę przed nami.
Nie był to człowiek. Nie było to zwierzę. To było wejście do Jaskini Lamentu. Tej, o której nawet najstarsi pijacy bali się mówić głośno. Mówili, że tam mieszkają dusze bez spoczynku, stworzenia karmiące się strachem albo grzechem. Że kto wejdzie… już nie wraca.
Przełknęłam ślinę. Burza pchała mnie w tę otchłań, jakby sama góra zmuszała mnie do wyboru: wejść albo zostać upolowaną.
Za nami psy szczekały coraz bliżej.
— Jeśli mamy umrzeć — szepnęłam przez łzy — to razem…
Popchnęłam dzieci w ciemność. Tońcio pierwszy wszedł, ciągnąc za sobą Anię. Reszta potykała się i płakała. Weszłam ostatnia, ściskając Mateuszka przy piersi.
Ledwie przekroczyliśmy próg, świat się zmienił. Wiatr ucichł. Dźwięki z zewnątrz zgasły, jakby ktoś zatrzasnął olbrzymie drzwi na klucz. Wewnątrz panowała cisza tak gęsta, że aż bolała.
— Mamo? — szepnęła Marysia — Nic nie widzę…
Wtedy Mateuszek wydał z siebie dziwny dźwięk… nie strachu, lecz zachwytu, jakby widział coś, czego my nie mogliśmy dostrzec.
— Co się dzieje, kochanie? — pochyliłam się nad nim.
I wtedy zobaczyłam to ja.
Głęboko w jaskini… słaba jak dogasająca świetlik… niebieska poświata.
Zmrużyłam oczy. To nie był ogień. Nie była to pochodnia. To było coś… żywego. Światło pulsowało, jakby oddychało.
— Nie ruszajcie się — rozkazał Tońcio, próbując brzmieć odważnie. — Mamo… co to jest?
Nie odpowiedziałam. Bo właśnie wtedy światło rozbłysło jak cichy płomień, rozświetlając wnętrze groty i ukazując ściany pokryte pradawnymi znakami… i ciało.
Ciało człowieka. Skulonego. Przykutego do skały. Pokrytego kurzem i siwymi włosami.
Ania krzyknęła. Marysia zakryła usta dłonią. Piotrek cofnął się przerażony.
A ja… padłam na kolana, drżąc cała.
Bo rozpoznałam tę twarz wyniszczoną głodem, te wystające kości policzkowe, bliznę pod lewą brwią.
— Nie… to niemożliwe…
Serce mi stanęło.
To był Marek. Mój mąż. Ten sam, którego wszyscy uznali za zmarłego w zawale kopalni.
Ale on nie był martwy. Był żywy.
A to, co go trzymało przy życiu… to była ta niebieska poświata oplatająca mu pierś niczym żywa istota.
— Elżbieta… — wychrypiał głos tak suchy i złamany, że aż mnie przeszył dreszcz.
Uniósł głowę. Spojrzał na mnie. Poznał mnie.
A to, co powiedział potem, sprawiło, że ściany jaskini zatrzęsły się od echa:
— Nie powinnaś tu wchodzić… Góra mnie sobie wzięła… a teraz… was też sobie wzięła.
Poczułam, jak świat pęka mi pod nogami.
— Marek…? Ale… przecież ty… byłeś pogrzebany… — wybełkotałam.
Otworzył spierzchnięte usta. Niebieska poświata pulsowała mocniej, jakby odpowiadała na jego głos, jakby oddychała przez niego.
— To nie był zawał… — wyszeptał Marek — To Ruta zrobił. Wiedział, co tu jest… chciał się mnie pozbyć zanim odkryję prawdę.
Tońcio z błyskiem furii w oczach zrobił krok naprzód:
— A co tu jest, tato?! Co to za światło?
Marek spuścił wzrok. Łańcuchy zadźwięczały głucho i wilgotno, jakby sama skała oddychała za nim.
— Góra… nie jest pusta — powiedział szeptem lodowatym jak śmierć — Ona żyje.
Lucynka zaczęła łkać. Marysia objęła się ramionami próbując przestać drżeć. Ale Ania… mała Ania patrzyła na światło z dziecięcą fascynacją.
— Mamusiu, to anioł? — spytała niewinnie.
Pokręciłam gwałtownie głową, dławiąc strach.
— Wyciągniemy go stąd — powiedziałam stanowczo — Tońcio, pomóż mi z łańcuchami!
Ledwie dotknęliśmy żelaza, jaskinia znów zawyła. To nie był ludzki dźwięk. Ani zwierzęcy. To było coś zbyt wielkiego i starego. Lament dochodził ze wszystkich stron naraz: sufitu, ścian, podłoża. Jakby góra protestowała przeciwko temu, co próbujemy zrobić.
Niebieskie światło skurczyło się gwałtownie. Marek zawył z bólu.
— Nie! — wychrypiał — Nie dotykajcie! Jestem z nią związany… Światło mnie trzyma przy życiu, ale też mnie pilnuje!
Ściany zaczęły drżeć i sypać pyłem. Kawałek skały runął tuż obok dzieci; wrzasnęły przerażone.
— Musimy stąd wyjść! — krzyknął Tońcio chwytając Anię — Zawalą nas!
— Nie możemy wyjść — szepnął Marek złamanym głosem — Ruta czeka na zewnątrz. Jego ludzie. Psy. Zabiją nas.
I wtedy usłyszałam coś, co przeszyło mnie do szpiku kości: pochodnie. Cienie ludzi przesuwały się przed wejściem do groty; psy ujadały coraz dziczej.
Ludzie Rutyliusza byli już prawie przy wejściu.
— Tam są! — rozległ się krzyk stłumiony przez deszcz — Weszli do jaskini! Gotowi!
Przycisnęłam Mateuszka do piersi; łzy kapały mi na jego włosy.
Byliśmy uwięzieni. Przed nami żywa tajemnica karmiąca się moim mężem; za nami kaci; a jaskinia zaczynała zamykać swoją kamienną gardziel.
Marek uniósł wzrok rozpaczliwie:
— Elżbieta… jest wyjście.
Serce mi stanęło.
— Gdzie?
— Głębiej… — spojrzał na tunel tak ciemny, że nawet niebieskie światło tam nie docierało — Ale to nie droga… to pakt.
Zmarszczyłam brwi:
— Pakt z kim?
Marek przełknął ślinę; światło pulsowało mocniej, jakby słuchało.
— Z górą — wyszeptał Marek — Z nią.
— Z nią? — powtórzył Tońcio cofając się krok w tył.
— Ze starą boginią śpiącą tutaj — odpowiedział Marek drżącym głosem — Matką ciemności. Opiekunką… albo pożeraczką. Tylko jedno z nas może przyjąć jej znak i otworzyć wyjście.
Poczułam pierwotny strach wspinający mi się po kręgosłupie:
— A jeśli nie przyjmie paktu?
Marek zamknął oczy:
— Wtedy pochłonie nas wszystkich.
Zapadła śmiertelna cisza.
Kroki ludzi Rutyliusza już dudniły przy wejściu; widzieliśmy ich cienie między kroplami deszczu.
Wyprostowałam się powoli; czułam w sobie ogień:
— Więc powiedz mi Marek…
Co mam zrobić?
Z najgłębszego mroku jaskini dobiegł szept tak stary jak sama góra:
„Oddaj mi jedno dziecko…”
Zamarłam; dzieci patrzyły na mnie szeroko otwartymi oczami; Mateuszek zaczął płakać; Ania wtuliła się we mnie cała drżąca; Tońcio zacisnął pięści:
— Mamo! Nie pozwól!
Marek szlochał:
— Ona chce ofiary… zawsze chciała…
Za nami psy już prawie wbijały się do środka; przed nami pulsowało światło i szeptała ciemność:
„Jedno dziecko za wszystkich…”
Patrzyłam na moje dzieci: każde inne, każde kochane tak samo mocno; każda decyzja była równoznaczna ze śmiercią kawałka mnie samej; a jednak wiedziałam: jeśli nie wybiorę ja – wybierze góra sama i zabierze wszystkich.
Wtedy Mateuszek przestał płakać i spojrzał prosto w światło; uśmiechnął się lekko – pierwszy raz od miesięcy; wyciągnął rączkę:
— Światło jest piękne, mamo…
Zrozumiałam: góra już wybrała.
Krzyknęłam przez łzy:
— Nie! Weź mnie! Weź mnie zamiast niego!
Ciemność zawyła triumfalnie; światło rozbłysło tak mocno, że oślepiło nas wszystkich; poczułam ból przeszywający serce i upadłam na kolana; dzieci wrzeszczały moje imię; Marek szarpał łańcuchami aż krew ciekła mu po nadgarstkach; a ja czułam jak coś starego i zimnego przenika mnie od środka – i nagle wszystko ucichło.
Obudziłam się leżąc na trawie przed jaskinią; deszcz lał mi się po twarzy; dzieci tuliły się do mnie zapłakane; Marek leżał obok – wolny od łańcuchów – ale blady jak śmierć; ludzie Rutyliusza leżeli martwi u wejścia do groty – ich twarze zastygłe w grymasie przerażenia;
góra wypuściła nas wszystkich – oprócz mnie: czułam w sobie jej zimny oddech i wiedziałam: jestem jej częścią już na zawsze.
Patrząc w oczy moim dzieciom pytam dziś samą siebie – czy można być matką i jednocześnie ofiarą? Czy każda rodzina kryje w sobie własną jaskinię lamentu?