Nie potrafiłam pokochać dzieci mojego męża – czy to czyni mnie złą kobietą?
– Znowu nie posprzątałaś po sobie w kuchni! – krzyknęłam, czując jak głos mi drży, choć starałam się brzmieć stanowczo. Ola spojrzała na mnie z pogardą, jakby chciała powiedzieć: „Nie jesteś moją matką”. I rzeczywiście – nie byłam. Byłam tylko kobietą, która pokochała jej ojca i próbowała jakoś odnaleźć się w tej roli, której nigdy nie chciała.
W tamtym momencie miałam ochotę wybiec z mieszkania i nigdy nie wracać. Ale zostałam. Bo kochałam Piotra. Bo obiecałam sobie, że dam radę. Że będziemy rodziną, choćby nie wiem co. Tylko nikt nie powiedział mi, jak bardzo to będzie bolało.
Poznaliśmy się z Piotrem na szkoleniu w Warszawie. On – rozwiedziony, dwójka dzieci: Ola (14 lat) i Michał (11 lat). Ja – po trzydziestce, bezdzietna, z marzeniem o własnej rodzinie. Zakochaliśmy się w sobie szybko i mocno. Piotr był czuły, troskliwy, miał w sobie spokój, którego zawsze mi brakowało. Kiedy oświadczył mi się po roku znajomości, nie miałam wątpliwości. Wiedziałam o jego dzieciach, ale myślałam: „Jakoś to będzie. Przecież dzieci są elastyczne. Pokochają mnie, jeśli tylko będę się starać”.
Pierwsze spotkanie z Olą i Michałem pamiętam do dziś. Siedzieli sztywno przy stole w kawiarni, nie patrząc na mnie. Piotr próbował rozładować atmosferę żartami, ale dzieci milczały. W końcu Ola powiedziała: – Tata, kiedy wracamy do domu? – a Michał tylko wzruszył ramionami. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to tylko kwestia czasu.
Wprowadziliśmy się do mojego mieszkania na Ochocie. Dzieci przyjeżdżały do nas co drugi weekend i połowę wakacji. Przez pierwsze miesiące starałam się być idealną macochą: piekłam ciasta, organizowałam wyjścia do kina, kupowałam drobne prezenty. Ale Ola patrzyła na mnie jak na intruza. Michał był bardziej obojętny – zamykał się w swoim pokoju i grał na komputerze.
Najgorsze były niedziele wieczorem, kiedy dzieci wracały do matki. Piotr był wtedy cichy i zamyślony. Ja czułam ulgę – i nienawidziłam siebie za to uczucie. Przecież powinnam była cieszyć się ich obecnością! Przecież to były dzieci mojego ukochanego…
Z czasem zaczęły się konflikty. Ola coraz częściej odpowiadała mi opryskliwie. Kiedy poprosiłam ją o pomoc przy obiedzie, rzuciła: – Nie muszę ci pomagać! Nie jesteś moją matką! Michał przestał się odzywać prawie w ogóle. Piotr próbował mediować, ale najczęściej kończyło się na tym, że prosił mnie o cierpliwość: – Daj im czas. To dla nich trudne.
Czas mijał, a ja czułam się coraz bardziej obca we własnym domu. Zaczęłam unikać dzieci – wychodziłam na długie spacery albo zamykałam się w sypialni pod pretekstem pracy. Piotr zauważył zmianę:
– Co się dzieje? Przecież mówiłaś, że chcesz być częścią tej rodziny.
– Chciałam… Ale chyba nie potrafię…
Pewnego dnia Ola przyszła do nas z płaczem – pokłóciła się z matką i chciała zostać na dłużej u nas. Piotr był szczęśliwy, ja… przerażona. Przez dwa tygodnie Ola była w naszym mieszkaniu codziennie – zamykała się w swoim pokoju albo rozmawiała przez telefon z koleżankami. Unikała mnie jak ognia.
Któregoś wieczoru usłyszałam jej rozmowę przez drzwi:
– Nie znoszę jej! Udaje miłą, ale widać, że nas nie chce! Tata chyba tego nie widzi…
Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Przez całą noc płakałam w poduszkę. Rano Piotr zapytał:
– Co się stało?
– Nie dam rady… Nie umiem być dla nich matką…
Zaczęliśmy się kłócić coraz częściej. Piotr zarzucał mi brak empatii:
– To są moje dzieci! Jeśli ich nie zaakceptujesz, nie możemy być razem!
A ja krzyczałam:
– Próbowałam! Ale one mnie odrzucają! Nie chcą mnie tu!
W pracy przestałam się uśmiechać. Znajomi pytali:
– Wszystko w porządku?
Nie wiedziałam już sama.
W końcu przyszedł dzień, kiedy Piotr spakował walizkę i wyszedł z domu razem z dziećmi. Zostawił mi tylko krótką wiadomość: „Przepraszam. Nie potrafię wybierać między tobą a nimi”.
Siedziałam wtedy na podłodze w pustym mieszkaniu i myślałam: „Może jestem potworem? Może powinnam była bardziej się starać?”. Ale ile można walczyć o coś, co od początku było skazane na porażkę?
Minęły dwa lata od tamtego dnia. Nadal jestem sama. Czasem widuję Piotra na ulicy – idzie z Olą i Michałem, śmieją się razem. A ja czuję ukłucie żalu i ulgi jednocześnie.
Czy można zmusić serce do miłości? Czy każda rodzina patchworkowa jest możliwa? Może czasem lepiej odpuścić niż udawać coś, czego nigdy nie będzie? Co Wy o tym myślicie?