Dwa Skrzydła – Historia o Miłości, Stracie i Przebaczeniu

Drzwi trzasnęły z hukiem, a echo tego dźwięku odbiło się w mojej klatce piersiowej jak uderzenie serca. Stałam w przedpokoju naszego mieszkania na Pradze, z synem przy nodze i matką za plecami, kiedy Paweł – mój mąż – rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię. „Nie wrócę już, Anka. Przepraszam.” I wyszedł.

Nie płakałam. Nie wtedy. Stałam jak sparaliżowana, z dłonią zaciśniętą na klamce. Szymek miał wtedy siedem lat. Patrzył na mnie wielkimi oczami, w których odbijał się strach i coś jeszcze – może rozczarowanie? Moja matka, jak zwykle, nie potrafiła powstrzymać się od komentarza:

– A nie mówiłam? Żaden facet nie zostanie przy kobiecie, która nie potrafi ugotować porządnego rosołu.

Zacisnęłam zęby. To był jej sposób na okazywanie troski – krytyka podszyta lękiem. Przez całe życie próbowałam zasłużyć na jej uznanie, a teraz, kiedy zostałam sama, czułam się jeszcze bardziej nieudolna.

Paweł odszedł do innej kobiety. Zostawił mnie z kredytem, dzieckiem i matką, która mieszkała z nami od śmierci taty. Przez pierwsze tygodnie żyłam jak automat – praca w urzędzie miasta, zakupy w Biedronce, odrabianie lekcji z Szymkiem, wieczorne kłótnie z matką o wszystko: o to, że nie posprzątałam łazienki, że Szymek za długo siedzi przy komputerze, że powinnam była przewidzieć odejście Pawła.

Pewnego wieczoru nie wytrzymałam. Siedziałyśmy przy stole w kuchni, a ona znów zaczęła:

– Gdybyś była bardziej kobieca…

– Mamo! – przerwałam jej drżącym głosem. – Czy ty naprawdę myślisz, że to wszystko moja wina?

Spojrzała na mnie zaskoczona. Po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach coś na kształt żalu.

– Ja… ja tylko chcę dla ciebie dobrze.

– To przestań mnie ranić! – krzyknęłam i wybiegłam z kuchni.

Zamknęłam się w łazience i płakałam długo, cicho, żeby Szymek nie słyszał. Tamtej nocy postanowiłam coś zmienić. Zaczęłam szukać pracy dodatkowej – korepetycje z polskiego dla dzieci sąsiadów, sprzątanie u starszej pani z trzeciego piętra. Każda złotówka była na wagę złota.

Szymek coraz częściej pytał o ojca. Dzwonił do niego wieczorami, a ja słyszałam przez drzwi jego cichy głos:

– Tato… kiedy przyjedziesz?

Paweł odwiedzał go raz na dwa tygodnie. Przywoził drogie zabawki i słodycze. Szymek wracał wtedy do domu rozbity, płakał w poduszkę.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie kobieta Pawła – Justyna. Jej głos był zimny i rzeczowy:

– Anno, musimy porozmawiać o Szymonie. Paweł nie radzi sobie z podziałem opieki.

– A ja radzę sobie ze wszystkim? – wyrwało mi się.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Chciałam tylko… żebyśmy się dogadali jak dorośli ludzie.

Zgodziłam się na spotkanie. W kawiarni przy Rondzie Wiatraczna usiadłyśmy naprzeciwko siebie jak dwie przeciwniczki na ringu. Justyna była młodsza ode mnie o dziesięć lat, zadbana, pewna siebie.

– Paweł mówił mi o twojej sytuacji – zaczęła ostrożnie. – Chcemy pomóc finansowo…

Poczułam upokorzenie. Odepchnęłam jej propozycję.

– Poradzę sobie sama.

Wróciłam do domu i wyżyłam się na matce:

– Widzisz? Nawet kochanka mojego męża uważa mnie za ofiarę!

Matka milczała przez cały wieczór. Dopiero później przyszła do mojego pokoju i położyła mi dłoń na ramieniu.

– Aniu… ja też kiedyś zostałam sama. Twój ojciec miał romans zanim zachorował…

Zamarłam. Nigdy mi tego nie powiedziała.

– Dlatego tak się bałam o ciebie – wyszeptała.

Przez chwilę siedziałyśmy razem w ciszy. Po raz pierwszy poczułam do niej współczucie zamiast gniewu.

Mijały miesiące. Szymek zamknął się w sobie. W szkole zaczęły się problemy – bójki z kolegami, uwagi od wychowawczyni. Wezwano mnie na rozmowę:

– Pani Anno, Szymon jest agresywny wobec innych dzieci. Czy coś dzieje się w domu?

Zawstydzona spuściłam wzrok.

– Rozwodzimy się…

Nauczycielka pokiwała głową ze zrozumieniem.

Wróciłam do domu i przytuliłam syna najmocniej jak umiałam.

– Przepraszam cię za wszystko – wyszeptałam mu do ucha.

Pewnej nocy obudził mnie hałas w kuchni. Zastałam matkę siedzącą przy stole z butelką wódki.

– Nie mogę spać – powiedziała cicho. – Boję się o was.

Usiadłam obok niej i po raz pierwszy od lat rozmawiałyśmy szczerze – o ojcu, o jej samotności, o moim strachu przed przyszłością.

Z czasem zaczęłyśmy się wspierać zamiast ranić. Matka pomagała mi przy Szymku, gotowała obiady, a ja przestałam ją osądzać za jej surowość.

Któregoś dnia Paweł zadzwonił:

– Anka… Justyna jest w ciąży. Chciałem ci powiedzieć pierwszy.

Poczułam ukłucie zazdrości i żalu, ale odpowiedziałam spokojnie:

– Życzę wam szczęścia.

Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Byłam inna niż rok temu – silniejsza, bardziej pewna siebie.

Zaczęłam spotykać się z kimś nowym – Michałem, ojcem kolegi Szymka ze szkoły. Był wdowcem po trudnych przejściach. Rozumieliśmy się bez słów. Nasze rozmowy trwały godzinami – o dzieciach, o samotności, o tym jak trudno zaufać po raz drugi.

Matka patrzyła na nas z ukosa:

– Uważaj, Aniu. Nie każdy facet jest wart twojego serca.

Uśmiechnęłam się tylko.

Po dwóch latach od odejścia Pawła czułam się wolna. Szymek zaakceptował nową sytuację – miał dwie rodziny i powoli odzyskiwał radość życia.

Któregoś popołudnia usiedliśmy razem na ławce pod blokiem. Szymek zapytał:

– Mamo… czy ty jesteś szczęśliwa?

Spojrzałam mu w oczy i odpowiedziałam zgodnie z prawdą:

– Uczę się być szczęśliwa każdego dnia na nowo.

A potem dodałam szeptem:

– Może czasem trzeba stracić jedno skrzydło, żeby nauczyć się latać na drugim?

Czy wy też musieliście kiedyś nauczyć się żyć od nowa? Jak poradziliście sobie ze stratą? Podzielcie się swoją historią…