Ten weekend, który nigdy nie był mój: Jak jeden telefon od teściowej zmienił wszystko
— Nie, mamo, naprawdę nie możemy wpaść w ten weekend — powiedziałam do słuchawki, starając się, by mój głos brzmiał stanowczo, choć w środku czułam się jak dziecko przyłapane na kłamstwie.
Po drugiej stronie usłyszałam ciężkie westchnienie. — Marto, ja już wszystko przygotowałam. Twój tata chrzestny przyjeżdża z Gdańska, dzieci się ucieszą. Nie rozumiem, dlaczego zawsze musicie mieć swoje plany — głos teściowej był chłodny i pełen wyrzutu.
Spojrzałam na Pawła, który siedział na kanapie z pilotem w ręku. Wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Zrób, jak uważasz”. Ale ja wiedziałam, że to nie takie proste. Od miesięcy marzyłam o tym weekendzie. Miał być tylko dla mnie — książka, cisza, może długi spacer po lesie. Bez obowiązków, bez udawania idealnej synowej.
— Mamo, naprawdę… — zaczęłam jeszcze raz, ale przerwała mi.
— To już nie chodzi o mnie. Twój teść też chciałby was zobaczyć. Zawsze tylko praca i praca. A rodzina? — Jej głos drżał lekko, jakby zaraz miała się rozpłakać.
Poczułam znajome ukłucie winy. Zawsze to samo — szantaż emocjonalny, który działał na mnie jak dobrze wyuczony refren. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na Pawła z niemą prośbą o wsparcie.
— Może pojedziemy tylko na niedzielę? — rzucił cicho, nawet nie odrywając wzroku od telewizora.
Zacisnęłam pięści. Dlaczego zawsze ja muszę być tą złą? Dlaczego to ja muszę rezygnować z siebie?
— Dobrze, mamo. Przyjedziemy w sobotę po południu — powiedziałam w końcu, czując jak cała energia ze mnie uchodzi.
Po odłożeniu słuchawki usiadłam ciężko na fotelu. Paweł spojrzał na mnie z lekkim wyrzutem.
— Przecież mogłaś powiedzieć „nie”.
— Naprawdę? — parsknęłam. — Kiedy ostatnio ty powiedziałeś swojej mamie „nie”?
Zamilkł. Wiedziałam, że nie odpowie. W naszym domu to ja byłam tą „twardą”, tą „asertywną”, choć w rzeczywistości czułam się coraz bardziej bezradna.
Dzieci wbiegły do salonu, pytając o kolację. Uśmiechnęłam się do nich mechanicznie, ale w środku czułam narastającą frustrację. Znowu ktoś inny zdecydował za mnie.
W sobotę rano pakowałam torby z ciężkim sercem. Paweł krzątał się po domu, szukając kluczyków do samochodu. Dzieci były podekscytowane — dla nich wyjazd do dziadków to zawsze była przygoda.
W drodze milczeliśmy. Paweł słuchał radia, ja patrzyłam przez okno na mijane pola i lasy. Myśli kłębiły mi się w głowie: Czy to już zawsze tak będzie? Czy nigdy nie będę mogła mieć czegoś tylko dla siebie?
Na miejscu teściowa przywitała nas szerokim uśmiechem i uściskami. Dzieci pobiegły do ogrodu, a ja zostałam sama w kuchni z nią.
— Widzisz? Nie było tak źle przyjechać — powiedziała, mieszając zupę.
Uśmiechnęłam się blado. — Tak, mamo.
— Marto… — zaczęła nagle ciszej. — Wiem, że czasem ci trudno. Ale rodzina jest najważniejsza. Ja też kiedyś musiałam rezygnować ze swoich planów.
Poczułam łzy pod powiekami. Chciałam jej powiedzieć, że rozumiem, ale jednocześnie mam dość tego poświęcania się dla innych. Chciałam krzyknąć: „A co ze mną?!”
Wieczorem siedzieliśmy wszyscy przy stole. Rozmowy schodziły na politykę, dzieci śmiały się głośno. Paweł rozmawiał z ojcem o samochodach. Ja czułam się jak widz we własnym życiu.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam obok Pawła i słuchałam jego spokojnego oddechu. Myśli nie dawały mi spokoju: Czy naprawdę jestem egoistką? Czy mam prawo chcieć czegoś tylko dla siebie?
Niedziela minęła szybko. Po południu wracaliśmy do domu w milczeniu. Dzieci spały na tylnym siedzeniu, Paweł prowadził samochód z zamyśloną miną.
W domu rozpakowałam torby i usiadłam na łóżku. Czułam się pusta i zmęczona.
Paweł wszedł do pokoju i usiadł obok mnie.
— Przepraszam — powiedział cicho. — Wiem, że to nie był twój weekend.
Spojrzałam na niego ze łzami w oczach.
— Chciałam tylko jeden dzień dla siebie… Czy to naprawdę tak dużo?
Nie odpowiedział. Przytulił mnie mocno.
Czasem zastanawiam się: czy można być szczęśliwym, kiedy inni ciągle decydują za ciebie? Czy da się znaleźć równowagę między własnymi potrzebami a oczekiwaniami rodziny? Co wy o tym myślicie?