„Wracaj do matki!” – Z noworodkiem w rodzinnym domu, gdy mój mąż chciał tylko odpocząć
– Nie wytrzymam już tego! – krzyknął Paweł, trzaskając drzwiami sypialni. Zosia znów płakała, jej maleńkie rączki zaciskały się na mojej piersi, a ja czułam, jak łzy ciekną mi po policzkach. Była trzecia nad ranem. Od tygodni nie spałam dłużej niż godzinę ciągiem. Kolki, karmienia, przewijania – wszystko na mojej głowie. Paweł przewracał się z boku na bok, narzekając na hałas i brak snu.
– Może byś się nią zajęła? – rzucił z wyrzutem. – Ja jutro muszę iść do pracy! Ty przecież siedzisz w domu.
Zacisnęłam zęby. „Siedzę w domu” – powtarzałam w myślach, próbując nie wybuchnąć. Przecież to nie jest siedzenie. To walka o przetrwanie. O świcie Paweł spakował torbę i wyszedł bez słowa. Po południu zadzwonił:
– Nie dam rady tak żyć. Wracaj do matki, może tam odpoczniesz. Ja muszę się wyspać.
Zawiozłam Zosię do rodziców. Mama przywitała mnie ciepłym uściskiem, ale widziałam w jej oczach niepokój. Tata milczał, udając, że czyta gazetę. W ich mieszkaniu czas się zatrzymał – te same zasłony, ten sam zapach kawy o poranku. Tylko ja byłam inna: zmęczona, rozbita, z poczuciem porażki.
Pierwsza noc u rodziców była jeszcze trudniejsza. Zosia płakała jeszcze głośniej, jakby wyczuwała mój ból. Mama próbowała pomóc:
– Może dasz jej koperku? Albo ciepły termofor na brzuszek?
– Próbowałam już wszystkiego – wyszeptałam bezradnie.
Nad ranem usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem zimnej herbaty. Tata spojrzał na mnie znad gazety:
– Może powinnaś dać Pawłowi trochę czasu? Mężczyźni czasem muszą się oswoić z nową sytuacją.
Poczułam ukłucie złości.
– A ja? Ile ja mam czasu na oswojenie się z tym wszystkim?
Mama objęła mnie ramieniem.
– Jesteś silna, Aniu. Dasz radę.
Ale nie czułam się silna. Czułam się jak wrak człowieka. Każdy dzień był walką: z kolkami Zosi, z własnym zmęczeniem i z poczuciem winy. Paweł dzwonił rzadko, rozmowy były krótkie i chłodne.
– Jak Zosia? – pytał bez emocji.
– Płacze…
– No widzisz? Mówiłem, że to nie dla mnie.
Zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę jestem sama w tym wszystkim? Czy każda matka czuje się tak opuszczona?
Pewnego wieczoru mama zaproponowała:
– Może pójdziemy na spacer? Przewietrzysz głowę.
W parku spotkałyśmy sąsiadkę, panią Halinę.
– O, Aniu! Jak tam młoda mama?
Uśmiechnęłam się blado.
– Jakoś daję radę…
Pani Halina spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Mój mąż też nie pomagał przy dzieciach. Ale wtedy to było normalne…
Zrozumiałam, że od pokoleń kobiety dźwigają ten ciężar samotności. Ale czy to znaczy, że mam się z tym pogodzić?
Wieczorem zadzwoniła moja przyjaciółka Magda.
– Anka, musisz z nim pogadać. Nie możesz wiecznie uciekać do rodziców.
– Ale jak mam rozmawiać z kimś, kto mnie nie słucha?
– Może on też się boi? Może czuje się niepotrzebny?
Zaczęłam myśleć o Pawle inaczej. Może rzeczywiście jest zagubiony? Ale czy to usprawiedliwia jego słowa?
Po tygodniu zdecydowałam się wrócić do mieszkania. Zosia spała w wózku, a ja weszłam do środka z duszą na ramieniu. Paweł siedział przy komputerze.
– Wróciłaś…
– Tak. Musimy porozmawiać.
Przez chwilę milczał.
– Przepraszam za tamte słowa – powiedział cicho. – Po prostu… nie radzę sobie.
Poczułam ulgę i gniew jednocześnie.
– Myślisz, że ja sobie radzę? Potrzebuję cię! Potrzebuję partnera, a nie kolejnego dziecka!
Paweł spuścił wzrok.
– Spróbuję się bardziej starać…
Nie wierzyłam mu od razu. Wiedziałam, że przed nami długa droga. Ale pierwszy raz od dawna poczułam cień nadziei.
Dziś Zosia ma już trzy miesiące. Nadal bywają trudne noce, ale Paweł coraz częściej wstaje do niej razem ze mną. Czasem kłócimy się o drobiazgi, czasem płaczemy razem ze zmęczenia. Ale już nie jestem sama.
Często wracam myślami do tamtej nocy i pytam siebie: ile kobiet musi przejść przez taki kryzys samotnie? Czy naprawdę tak trudno być razem w najtrudniejszych chwilach? A może właśnie wtedy uczymy się siebie na nowo?