Wspólna kuchnia, wspólne życie – i cień leniwej synowej. Moja walka o rodzinny spokój i sprawiedliwość
– Znowu zostawiłaś te brudne garnki? – mój głos drżał, choć starałam się mówić spokojnie. Stałam w kuchni, patrząc na stertę naczyń, które od rana piętrzyły się w zlewie. Daria nawet nie podniosła wzroku znad telefonu.
– Zaraz to zrobię, teściowo – rzuciła beznamiętnie, przewracając oczami. Wiedziałam, że „zaraz” oznacza „nigdy”.
Od miesięcy żyliśmy razem w tym samym domu: ja, mój mąż Andrzej, jego młodszy brat Tomek i jego żona Daria. Kiedyś myślałam, że wspólne mieszkanie będzie okazją do budowania więzi, do dzielenia się codziennością. Ale rzeczywistość okazała się inna – nasza kuchnia stała się polem bitwy.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy Daria zamieszkała z nami. Była cicha, trochę nieśmiała, ale uprzejma. Przynajmniej tak mi się wydawało. Z czasem zaczęło wychodzić na jaw, że jej uprzejmość kończy się tam, gdzie zaczyna się obowiązek. Gotowałam obiady dla wszystkich, sprzątałam po wszystkich, a ona… po prostu była. Potrafiła godzinami siedzieć przy stole z kawą i telefonem, podczas gdy ja biegałam z mopem.
– Może byś pomogła? – zaproponowałam kiedyś delikatnie.
– Ale przecież ja nie umiem tak dobrze gotować jak pani – odpowiedziała z uśmiechem.
Zbyłam to żartem. Ale potem było coraz gorzej. Tomek wracał z pracy i rzucał kurtkę na krzesło. Andrzej udawał, że nie widzi problemu. A ja czułam się coraz bardziej jak służąca we własnym domu.
Najgorsze były weekendy. Wtedy wszyscy byli w domu. Śniadania przeciągały się do południa, a potem zostawała góra naczyń i okruchów na stole. Daria znikała do swojego pokoju albo wychodziła na spacer z koleżanką. Zostawałam sama z bałaganem i własną frustracją.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Wyszłam z kuchni i trzasnęłam drzwiami.
– Co się stało? – zapytał Andrzej, kiedy zobaczył mnie zapłakaną w sypialni.
– Mam dość! – wybuchłam. – Dlaczego nikt mi nie pomaga? Dlaczego wszystko jest na mojej głowie?
Patrzył na mnie bezradnie.
– Przecież to tylko naczynia…
Tylko naczynia? Tylko pranie? Tylko zakupy? Tylko gotowanie? Ile jeszcze „tylko” muszę udźwignąć?
Wieczorem usiedliśmy wszyscy przy stole. Postanowiłam powiedzieć wszystko wprost.
– Musimy ustalić zasady – zaczęłam drżącym głosem. – Nie dam rady robić wszystkiego sama. Każdy powinien mieć swoje obowiązki.
Tomek spojrzał na Darię, a ona wzruszyła ramionami.
– Ja pracuję do późna – powiedziała cicho.
– Ja też pracuję – odpowiedziałam ostro. – I jeszcze prowadzę dom!
Zapadła cisza. Nikt nie chciał patrzeć mi w oczy.
Przez kilka dni było lepiej. Daria dwa razy umyła naczynia, raz nawet odkurzyła salon. Ale potem wszystko wróciło do normy. Znowu zostawałam sama z obowiązkami.
Zaczęłam unikać kuchni. Jadłam w swoim pokoju, żeby nie widzieć bałaganu. Przestałam gotować obiady dla wszystkich. Andrzej próbował mnie pocieszać, ale czułam się coraz bardziej samotna we własnym domu.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Tomka i Darii przez cienką ścianę.
– Może byś jednak pomogła mamie? – zapytał Tomek niepewnie.
– Po co? Ona i tak wszystko zrobi lepiej ode mnie – odpowiedziała Daria z ironią.
Poczułam, jak narasta we mnie gniew i bezsilność. Czy naprawdę tak trudno jest być po prostu fair?
Zadzwoniłam do mojej siostry Ewy.
– Nie wytrzymam dłużej – powiedziałam jej przez łzy. – Czuję się jak niewolnica.
– Musisz postawić granice – poradziła Ewa. – Albo wszyscy pomagają, albo niech sobie radzą sami.
Następnego dnia postanowiłam wyjechać na weekend do Ewy. Nie powiedziałam nikomu nic poza krótkim „wyjeżdżam”. Kiedy wróciłam po dwóch dniach, kuchnia wyglądała jak po przejściu huraganu. Brudne talerze, resztki jedzenia na blacie, śmieci pełne po brzegi.
Wtedy zobaczyli, jak wygląda dom bez mnie. Andrzej próbował coś sprzątać, Tomek nerwowo szukał czystych kubków, a Daria… siedziała na kanapie z telefonem.
– I co teraz? – zapytałam spokojnie.
Nikt nie odpowiedział.
Od tego czasu zaczęliśmy rozmawiać o podziale obowiązków na poważnie. Ustaliliśmy grafik sprzątania i gotowania. Daria była niezadowolona, ale musiała się dostosować – albo przynajmniej udawać, że coś robi.
Czasem myślę: czy warto było tyle walczyć o sprawiedliwość? Czy rodzina to miejsce kompromisów za wszelką cenę? A może czasem trzeba po prostu zadbać o siebie?
Czy Wy też mieliście kiedyś poczucie, że rodzina bierze Was za pewnik? Jak sobie z tym radzicie?