„Mój syn Marek powiedział, że rozbiłam mu rodzinę – a ja tylko poprosiłam synową o pomoc”
– Mamo, nie rozumiesz, że przez ciebie Kasia chce odejść?! – Marek stał w progu mojego pokoju, z oczami pełnymi łez i gniewu. Jego głos drżał, a ja czułam, jak serce ściska mi się z bólu. W tej chwili świat zawirował mi przed oczami – przecież całe życie poświęciłam rodzinie. Wszystko robiłam dla Marka, dla jego szczęścia. A teraz on patrzył na mnie jak na wroga.
Jeszcze kilka miesięcy temu byłam pewna, że wreszcie mogę odpocząć. Po śmierci męża zostałam sama w dużym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Marek z Kasią mieszkali niedaleko, często wpadała do mnie wnuczka Ola. Było gwarno, ciepło, czułam się potrzebna. Ale z czasem zaczęło mi brakować sił – reumatyzm dawał się we znaki, coraz trudniej było mi sprzątać i gotować. Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i poprosiłam Kasię o pomoc.
– Kasiu, może pomogłabyś mi czasem z zakupami albo praniem? – zapytałam nieśmiało podczas niedzielnego obiadu.
Kasia spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, ale widziałam w jej oczach cień zniecierpliwienia.
– Oczywiście, pani Zosiu. Postaram się znaleźć czas – odpowiedziała grzecznie, ale już wiedziałam, że coś jest nie tak.
Od tego dnia atmosfera zaczęła się psuć. Kasia coraz rzadziej dzwoniła, Marek wpadał sam albo tylko na chwilę. Ola przestała nocować u babci. Czułam się coraz bardziej samotna i zagubiona. Próbowałam tłumaczyć sobie, że młodzi mają swoje życie, swoje obowiązki. Ale przecież ja też kiedyś byłam młoda i opiekowałam się moją teściową, choć miałam dwójkę dzieci i pracowałam na pełen etat.
Pewnego wieczoru zadzwonił telefon. To była Kasia.
– Pani Zosiu… muszę być szczera. Nie dam rady wszystkiego pogodzić. Praca, dom, Ola… A jeszcze pani prosi o pomoc… Czuję się przytłoczona – powiedziała drżącym głosem.
Zamurowało mnie. Chciałam powiedzieć coś mądrego, wesprzeć ją, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
– Kasiu… ja tylko… – zaczęłam.
– Proszę mnie zrozumieć. Marek też jest zmęczony. Ostatnio ciągle się kłócimy przez to wszystko – dodała szybko i rozłączyła się.
Siedziałam długo w ciszy, patrząc na zdjęcia rodziny na półce. Przypomniały mi się czasy, gdy Marek był mały – jak biegał po podwórku z rozbitym kolanem, jak tulił się do mnie po koszmarze sennym. Zawsze byłam przy nim. Czy teraz naprawdę stałam się ciężarem?
Kilka dni później Marek przyszedł do mnie sam. Był blady i spięty.
– Mamo… Kasia chce odejść. Mówi, że nie daje rady psychicznie. Że za dużo od niej wymagasz – powiedział cicho.
Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.
– Marek… ja tylko chciałam trochę pomocy… Przecież zawsze byliśmy rodziną…
– Ale to nie jest już tamta rodzina! My mamy swoje życie! – wybuchnął nagle. – Ty nie widzisz, że wszystko musi być po twojemu? Że nie dajesz nam oddychać?
Zamilkłam. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez kolejne dni chodziłam jak cień po pustym mieszkaniu. Nie mogłam spać ani jeść. W głowie tłukły mi się pytania: czy naprawdę jestem taka zaborcza? Czy zawiodłam jako matka?
W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam do nich do domu. Drzwi otworzyła mi Ola.
– Babciu! – rzuciła mi się na szyję. Poczułam łzy pod powiekami.
W salonie siedzieli Kasia i Marek. Atmosfera była napięta jak struna.
– Przepraszam was… Może rzeczywiście za dużo wymagałam – zaczęłam niepewnie.
Kasia spojrzała na mnie łagodniej niż zwykle.
– Pani Zosiu… Ja naprawdę panią szanuję. Ale musimy mieć trochę przestrzeni dla siebie – powiedziała cicho.
Marek milczał, patrząc w podłogę.
Wyszłam stamtąd z poczuciem klęski. Przez kolejne tygodnie widywałam Olę tylko od święta. Marek dzwonił rzadko i krótko. Czułam się coraz bardziej samotna i niepotrzebna.
W końcu zapisałam się na zajęcia dla seniorów w pobliskim domu kultury. Poznałam tam panią Halinę i pana Stefana – ludzi z podobnymi problemami. Okazało się, że nie jestem jedyna. Że wielu rodziców czuje się odstawionych na boczny tor przez własne dzieci.
Czasem myślę: może rzeczywiście powinnam była mniej wymagać? Może powinnam była wcześniej nauczyć się prosić o pomoc obcych ludzi zamiast liczyć tylko na rodzinę? Ale czy to źle chcieć być częścią życia własnych dzieci?
Dziś siedzę przy oknie i patrzę na bawiące się dzieci na podwórku. Tęsknię za czasami, gdy mój dom był pełen śmiechu i gwaru. Czy naprawdę zawiodłam jako matka? Czy może po prostu świat zmienił się tak bardzo, że nie ma już miejsca dla takich matek jak ja?