„Od osiemnastki płaciłam tacie czynsz. Teraz oczekuje, że będę go utrzymywać” – Moja historia o rodzinie, pieniądzach i starych ranach
– Znowu się spóźniłaś, Anka – głos taty odbił się echem w ciasnym przedpokoju. Stał z założonymi rękami, a jego twarz była jak zamknięta księga – żadnych emocji, tylko chłód.
– Przepraszam, autobus nie przyjechał na czas – rzuciłam, zdejmując przemoknięte buty. W głowie już liczyłam: 50 złotych za czynsz, 20 za prąd, 10 za internet. Miałam osiemnaście lat i od trzech miesięcy płaciłam tacie za własny pokój w naszym starym mieszkaniu na Pradze.
Mama odeszła, gdy miałam dwanaście. Tata został sam ze mną i młodszym bratem, Michałem. Od tamtej pory wszystko było na rachunki: śniadanie – 2 złote, pranie – 5 złotych, czynsz – 200 miesięcznie. Mówił, że uczy mnie życia. Ja czułam się jak lokatorka w domu, w którym powinnam czuć się bezpiecznie.
– Pamiętaj o przelewie do końca tygodnia – rzucił jeszcze przez ramię. Potem zamknął się w swoim pokoju i włączył telewizor. Zawsze tak było: minimum słów, maksimum dystansu.
Przez lata nauczyłam się nie prosić o nic. Pracowałam po szkole w sklepie spożywczym, żeby mieć na swoje wydatki i czynsz dla taty. Michał miał łatwiej – był młodszy, jemu jeszcze nie kazał płacić. Czasem patrzył na mnie z wyrzutem, jakbym to ja była winna temu wszystkiemu.
Gdy skończyłam dwadzieścia dwa lata, wyprowadziłam się do wynajmowanego pokoju na Ochocie. Tata nie powiedział ani słowa. Nawet nie zapytał, czy mam gdzie spać. Michał został z nim jeszcze dwa lata, potem też uciekł.
Przez kolejne lata widywaliśmy się rzadko. Telefon od taty zawsze oznaczał jedno: „Pożyczysz mi trochę pieniędzy?”, „Możesz zapłacić za leki?”, „Mam zaległości za prąd”. Nigdy nie pytał, co u mnie. Nigdy nie powiedział „przepraszam”.
Pewnego dnia zadzwonił znowu. Byłam wtedy po ciężkim dyżurze w szpitalu – pracowałam jako pielęgniarka na oddziale ratunkowym.
– Anka, musisz mi pomóc. Straciłem pracę, nie mam z czego żyć – jego głos był cichy, pierwszy raz słyszałam w nim nutę bezradności.
– Tato… – zaczęłam, ale przerwał mi:
– Przecież jesteś moją córką. Rodzina powinna sobie pomagać.
Zamilkłam. W głowie huczały mi wspomnienia: te wszystkie przelewy, zimne wieczory bez rozmów, poczucie winy i żalu. Czy rodzina to tylko rachunek do zapłacenia?
Zgodziłam się pomóc. Przez kilka miesięcy przelewałam mu pieniądze na życie i rachunki. Michał też dorzucał się do leków. Ale z każdym przelewem czułam coraz większy ciężar na sercu.
Pewnego dnia odwiedziłam tatę. Siedział przy stole w kuchni, otoczony stertą rachunków i pustych butelek po piwie.
– Tato, musimy porozmawiać – zaczęłam drżącym głosem.
– O czym? – spojrzał na mnie spode łba.
– O tym wszystkim… O tym, jak było kiedyś. O tym, jak traktowałeś mnie jak lokatorkę, a nie córkę. Teraz oczekujesz ode mnie wsparcia, jakby nic się nie stało…
Wzruszył ramionami.
– Takie jest życie. Każdy musi sobie radzić.
– Ale ja byłam dzieckiem! Potrzebowałam ojca, a nie właściciela mieszkania!
Milczał długo. W końcu powiedział:
– Nie umiałem inaczej. Bałem się… że sobie nie poradzimy po odejściu twojej matki.
Łzy napłynęły mi do oczu.
– A ja bałam się ciebie. Bałam się prosić o cokolwiek…
Nie odpowiedział. Patrzył gdzieś w bok, jakby szukał odpowiedzi na pytania sprzed lat.
Wyszłam stamtąd z poczuciem ulgi i smutku jednocześnie. Pomagam mu dalej – ale już nie z poczucia obowiązku czy winy. Robię to dla siebie, żeby zamknąć ten rozdział i nie powielać tych błędów w przyszłości.
Czasem zastanawiam się: czy rodzina to tylko suma długów i zobowiązań? Czy można wybaczyć komuś tylko dlatego, że jest naszym ojcem? A może są rany, których nigdy nie da się do końca zagoić?