Mama wyzywała mnie za to, że nie opiekowałam się chorym bratem. Po maturze uciekłam z domu i zaczęłam nowe życie – czy można wybaczyć matce, która życzyła mi śmierci?

– Znowu siedzisz w tym pokoju i nic nie robisz! – głos mamy przebił się przez cienką ścianę, a ja poczułam znajome ukłucie w żołądku. Wstrzymałam oddech, licząc w myślach do dziesięciu. – Magda, ile razy mam ci powtarzać? Twój brat potrzebuje pomocy! Ty tylko myślisz o sobie!

Miałam wtedy osiemnaście lat i czułam się, jakbym miała sto. Każdego dnia powtarzał się ten sam scenariusz: mama krzyczała, ja milczałam, a Bartek leżał w swoim pokoju, przykuty do łóżka przez chorobę, która zabrała mu dzieciństwo. Od kiedy pamiętam, byłam tą „zdrową”, tą, która powinna poświęcić wszystko dla rodziny. Ale nikt nigdy nie zapytał mnie, czego ja chcę.

W tamten wieczór, tuż po maturze, siedziałam na łóżku z walizką pod ręką. W słuchawkach cicho grała muzyka, próbując zagłuszyć dźwięki kłótni dobiegające z kuchni. Mama znowu mówiła Bartkowi, że to przeze mnie jest jej tak ciężko. Że gdybym była lepszą córką, wszystko wyglądałoby inaczej.

– Gdybyś to ty była chora, a nie Bartek… – usłyszałam przez uchylone drzwi. – Może wtedy wiedziałabyś, jak to jest naprawdę cierpieć!

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakikolwiek policzek. Przez chwilę miałam ochotę wejść do kuchni i wykrzyczeć jej w twarz wszystko, co przez lata tłumiłam. Ale zamiast tego wstałam, chwyciłam walizkę i wyszłam z domu. Bez pożegnania.

Noc była ciepła i duszna. Szłam przez osiedle, mijając znajome bloki i place zabaw, na których kiedyś bawiłam się z Bartkiem. W głowie miałam tylko jedno: muszę uciec. Muszę zacząć żyć dla siebie.

Pierwsze dni w Warszawie były jak sen na jawie. Wynajęłam pokój u starszej pani na Pradze i zaczęłam pracować w kawiarni. Każdego ranka budziłam się z lękiem, że mama nagle stanie w drzwiach i każe mi wracać. Ale ona nie dzwoniła. Przysyłała tylko wiadomości: „Jesteś egoistką”, „Zostawiłaś nas”, „Mam nadzieję, że kiedyś poczujesz ten ból”.

Pracowałam po dwanaście godzin dziennie, żeby nie myśleć. Wieczorami płakałam w poduszkę, bo tęskniłam za Bartkiem. Za jego uśmiechem, za tymi chwilami, kiedy tylko we dwoje oglądaliśmy filmy i udawaliśmy, że jesteśmy zwyczajnym rodzeństwem.

Pewnego dnia dostałam od mamy wiadomość: „Bartek miał atak. Gdzie byłaś? To twoja wina”.

Zadrżały mi ręce. Przez chwilę chciałam wrócić do domu, rzucić wszystko i znów być tą „dobrą córką”. Ale wiedziałam, że jeśli to zrobię – stracę siebie na zawsze.

Mijały miesiące. Zaczęłam studia zaoczne na psychologii. Poznałam ludzi, którzy nie oceniali mnie przez pryzmat choroby brata. Zaczęłam rozumieć, że mam prawo do własnego życia.

Ale mama nie odpuszczała. Pisała coraz bardziej gorzkie wiadomości: „Jesteś potworem”, „Nie zasługujesz na rodzinę”, „Lepiej by było, gdybyś to ty była chora albo martwa”.

Któregoś wieczoru zadzwonił Bartek.

– Magda… – jego głos był słaby, ale czułam w nim tę samą czułość co zawsze. – Mama jest bardzo zła. Ale ja wiem, że ty musiałaś odejść.

Płakałam długo po tej rozmowie. Bartek był jedyną osobą w rodzinie, która mnie rozumiała. Wiedziałam jednak, że on też cierpi przez to wszystko.

W święta wróciłam na chwilę do domu. Mama patrzyła na mnie jak na obcą osobę.

– Po co przyjechałaś? – zapytała zimno.
– Chciałam zobaczyć Bartka.
– On cię nie potrzebuje. My cię nie potrzebujemy.

Wyszłam po godzinie, czując się jeszcze bardziej samotna niż wcześniej.

Dziś minęły dwa lata od tamtej nocy, kiedy uciekłam z domu. Mam własne mieszkanie i kota o imieniu Stefan. Studiuję i pracuję jako wolontariuszka w fundacji pomagającej rodzinom dzieci z niepełnosprawnościami. Czasem myślę o mamie – o tym, czy kiedykolwiek będzie mi w stanie wybaczyć moją ucieczkę… albo czy ja będę w stanie wybaczyć jej te wszystkie słowa.

Wiem jedno: nie jestem winna chorobie Bartka ani temu, że chciałam żyć własnym życiem. Ale czy można naprawdę wybaczyć komuś, kto życzył ci śmierci? Czy rodzina to zawsze miejsce, do którego warto wracać?

Może ktoś z was zna odpowiedź na to pytanie?