„Mama zadzwoniła: 'Będą goście!’ – A ja postanowiłam nie uciekać. Oto, co się wydarzyło…”
– Znowu będą goście? – wyszeptałam do słuchawki, czując jak ściska mnie w gardle. Mama, jak zwykle, nie słyszała mojego tonu. – Tak, Aniu, przyjedzie ciocia Jadzia z wujkiem Staszkiem i kuzynka Kasia z mężem. Przygotuj się, proszę. Wiesz, jak bardzo zależy mi, żeby wszystko było idealnie.
Idealnie. Słowo, które w naszym domu znaczyło tyle co „udawajmy, że wszystko jest dobrze”. Odkąd pamiętam, rodzinne spotkania były dla mnie źródłem napięcia i bólu. Wszyscy śmiali się głośno przy stole, a ja czułam się jak widz na własnym spektaklu – niepotrzebna, niewidzialna. Zawsze byłam tą „dziwną”, tą „z miasta”, która wracała na wieś tylko z poczucia obowiązku.
Tym razem jednak coś we mnie pękło. Zamiast szukać wymówek, zamiast uciekać do Warszawy pod pretekstem pracy, postanowiłam zostać. Chciałam sprawdzić, czy potrafię spojrzeć rodzinie w oczy i nie udawać już dłużej.
Przyjechałam dzień wcześniej. Dom pachniał świeżo upieczonym chlebem i kurzem z korytarza. Mama krzątała się po kuchni, tata siedział przy stole i czytał gazetę. – Aniu, dobrze, że jesteś – powiedziała mama bez uśmiechu. – Pomóż mi z ciastem.
Zaczęłyśmy obierać jabłka na szarlotkę. Cisza między nami była gęsta jak śmietana. W końcu zebrałam się na odwagę:
– Mamo… dlaczego zawsze tak bardzo zależy ci na tym, żeby wszystko wyglądało idealnie?
Mama spojrzała na mnie zaskoczona. – Bo tak trzeba. Ludzie patrzą. Rodzina patrzy.
– Ale przecież… to nie jest prawdziwe – powiedziałam cicho.
Nie odpowiedziała. Widziałam tylko, jak jej ręce drżą przy krojeniu jabłek.
Wieczorem usiadłam w swoim dawnym pokoju. Tapeta w kwiaty odklejała się od ściany, a na półce stały stare książki z podstawówki. Przypomniałam sobie wszystkie te razy, kiedy zamykałam się tu przed światem – przed docinkami kuzynów, przed kłótniami rodziców o pieniądze, przed własnym poczuciem winy, że nie jestem taka jak oni.
Następnego dnia dom wypełnił się głosami i zapachem pieczonego mięsa. Ciocia Jadzia już od progu zaczęła komentować:
– Aniu, ty to chyba jeszcze bardziej schudłaś! W tej Warszawie to was głodzą?
Kasia rzuciła mi szybkie spojrzenie pełne politowania. – No i co tam u ciebie? Masz już kogoś? Bo wiesz, ja to już drugie dziecko w drodze…
Zacisnęłam zęby i uśmiechnęłam się sztucznie. Tata nalał wszystkim kompotu i zaczął opowiadać o nowym traktorze sąsiada. Mama krążyła wokół stołu z miską sałatki i poprawiała obrus.
W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat mojej pracy.
– No i co ty tam właściwie robisz? – zapytał wujek Staszek z ironicznym uśmieszkiem.
– Pracuję w wydawnictwie – odpowiedziałam spokojnie.
– Aha… czyli siedzisz przy komputerze i pijesz kawę – skwitował.
Wszyscy się zaśmiali. Poczułam znajome ukłucie w żołądku. Zawsze byłam dla nich „tą od książek”, „tą z miasta”, „tą, co nie umie żyć normalnie”.
Nagle coś we mnie pękło.
– Czy wy naprawdę myślicie, że moje życie jest mniej wartościowe tylko dlatego, że nie mam dzieci i nie mieszkam na wsi? – zapytałam głośno.
Zapadła cisza.
– Aniu… nikt tak nie mówi – zaczęła mama nerwowo.
– Ale tak się czuję! Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam! – głos mi się załamał.
Ciocia Jadzia spojrzała na mnie zaskoczona.
– My tylko żartujemy…
– To nie są żarty! To boli! – wykrzyknęłam.
Wstałam od stołu i wybiegłam na podwórko. Powietrze było ciężkie od zapachu skoszonej trawy i dymu z ogniska sąsiadów. Usiadłam na ławce pod starą jabłonią i rozpłakałam się jak dziecko.
Po chwili usłyszałam kroki. To była mama.
– Aniu… przepraszam. Ja… ja też czasem czuję się tu obca. Chciałam tylko, żeby wszystko było dobrze…
Popatrzyłam na nią przez łzy.
– Ale mamo… my nigdy nie rozmawiamy o tym, co naprawdę czujemy. Tylko udajemy przed sobą nawzajem.
Mama usiadła obok mnie i objęła mnie ramieniem.
– Może czas przestać udawać – powiedziała cicho.
Siedziałyśmy tak długo w milczeniu. Po raz pierwszy poczułam, że naprawdę jestem tu obecna – nie jako widz, ale jako część tej rodziny. Może niedoskonałej, może pogubionej, ale mojej.
Wieczorem wróciłyśmy do domu. Przy stole było ciszej niż zwykle. Kuzynka Kasia zerkała na mnie z niepokojem, a ciocia Jadzia próbowała zagaić rozmowę o pogodzie. Tata spojrzał na mnie uważnie i powiedział:
– Dobrze, że jesteś z nami, Aniu.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba przestać udawać i pozwolić sobie poczuć ból, żeby zrobić miejsce na coś prawdziwego.
Czy wy też macie takie rodzinne spotkania, po których czujecie się bardziej samotni niż przedtem? A może udało wam się kiedyś przełamać ten mur milczenia?