Balaton, który wszystko zmienił: Dlaczego już nigdy nie pojadę na wakacje z rodziną męża
— Znowu to samo, Anka! — głos teściowej przebił się przez szum wody i śmiechy dzieci. — Zawsze musisz mieć swoje zdanie? Przecież wszyscy chcemy iść na lody, a ty znowu…
Stałam na rozgrzanym piasku, ściskając w dłoni portfel. W środku miałam ostatnie sto złotych, które miały wystarczyć do końca tygodnia. Spojrzałam na męża, Marcina, szukając wsparcia. On jednak tylko wzruszył ramionami i odwrócił wzrok w stronę jeziora, jakby nagle zainteresowały go fale.
— Mamo, może pójdziemy na lody jutro? — próbowałam jeszcze raz, spokojnie, choć czułam, jak w środku wszystko się we mnie gotuje. — Dziś już wydaliśmy sporo na obiad i bilety do aquaparku.
Teściowa spojrzała na mnie z wyższością. — Anka, nie przesadzaj. To tylko lody. Każdy chce trochę przyjemności na wakacjach. Nie rozumiem, dlaczego zawsze musisz liczyć każdy grosz.
Wiedziałam, że nie chodzi tylko o lody. Od początku tego wyjazdu czułam się jak intruz. Każda decyzja była podważana, każdy mój pomysł wyśmiewany. Nawet dzieci Marcina — mój syn Kuba i jego córka z pierwszego małżeństwa, Ola — zaczęły powtarzać za dorosłymi: „Mama zawsze się czepia”.
Wieczorem siedziałam na tarasie wynajętego domku, patrząc na zachód słońca nad Balatonem. Marcin przyszedł późno, pachniał piwem i smażoną rybą.
— Przesadzasz — powiedział bez ogródek. — Mama po prostu chce dobrze. Nie możesz być trochę bardziej elastyczna?
— Elastyczna? — powtórzyłam z goryczą. — To ja płacę za połowę tego wyjazdu, a nikt się ze mną nie liczy. Twoja mama traktuje mnie jak służącą. Nawet Ola mówi do mnie „Anka”, a nie „mamo”.
Marcin westchnął ciężko. — Nie rób sceny. Jesteśmy tu dla dzieci.
Wtedy poczułam, że coś we mnie pęka. Przez lata starałam się być tą „dobrą żoną”, która wszystko znosi i zawsze się dostosowuje. Ale ile można?
Następnego dnia rano teściowa znów zaczęła swoje:
— Anka, zrobisz nam śniadanie? Wszyscy są głodni.
— Dziś nie gotuję — odpowiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młotem. — Idę z Kubą na spacer.
Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Marcin próbował mnie zatrzymać:
— Co ty wyprawiasz?
— To samo co wy przez cały tydzień — odpowiedziałam cicho. — Robię coś dla siebie.
Spacerowaliśmy z Kubą brzegiem jeziora. Syn trzymał mnie za rękę i patrzył z troską.
— Mamo, czemu jesteś smutna?
Uśmiechnęłam się przez łzy. — Czasem dorośli muszą się nauczyć mówić „nie”, nawet jeśli to trudne.
Po powrocie do domku atmosfera była lodowata. Teściowa milczała demonstracyjnie, Ola przewracała oczami, a Marcin udawał, że nic się nie stało. Wieczorem usiedliśmy przy stole.
— Anka, musimy porozmawiać — zaczął Marcin. — Nie możesz tak po prostu odcinać się od rodziny.
— A ty możesz pozwalać swojej mamie mnie poniżać? — zapytałam ostrożnie.
Zapanowała cisza. Po raz pierwszy zobaczyłam w oczach Marcina cień niepewności.
— Może przesadziła… Ale ona taka już jest.
— A ja taka już nie będę — powiedziałam stanowczo.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, ile razy pozwalałam innym decydować za mnie. Ile razy milczałam dla świętego spokoju. Ile razy udawałam, że wszystko jest w porządku, choć w środku krzyczałam z bezsilności.
Ostatniego dnia pobytu spakowałam nasze rzeczy wcześniej niż reszta. Marcin patrzył na mnie z niedowierzaniem.
— Naprawdę chcesz tak to zostawić?
— Chcę zostawić to, co mnie rani — odpowiedziałam spokojnie.
W drodze powrotnej Kuba zasnął mi na kolanach w pociągu. Patrzyłam przez okno na mijane pola i jeziora i czułam ulgę pomieszaną ze smutkiem. Wiedziałam, że ta decyzja będzie miała konsekwencje. Może stracę część rodziny Marcina, może on sam się ode mnie oddali. Ale po raz pierwszy od dawna poczułam się wolna.
Czy warto było tyle lat poświęcać siebie dla innych? Czy naprawdę musimy wybierać między własnym szczęściem a cudzymi oczekiwaniami? Może czasem trzeba po prostu powiedzieć „dość” i zacząć żyć po swojemu?