Mój mąż uciekł od ojcostwa – historia, która złamała mi serce i zmieniła moje życie
– Nie wierzę, że znowu to robisz, Paweł! – krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Stał w przedpokoju z kurtką w ręku, gotowy wyjść, jakby nic się nie stało. Nasza córeczka, Zosia, płakała w łóżeczku, a on nawet na nią nie spojrzał.
– Muszę wyjść. Potrzebuję powietrza – rzucił chłodno, unikając mojego wzroku.
– Potrzebujesz powietrza? A ja? Ja też potrzebuję powietrza, Paweł! Potrzebuję wsparcia! – mój głos załamał się na ostatnim słowie. Wiedziałam, że znowu zostanę sama z dzieckiem i własnymi myślami.
To był kolejny wieczór, kiedy Paweł uciekał. Odkąd urodziła się Zosia, coś się w nim zmieniło. Przestał ze mną rozmawiać, przestał patrzeć na córkę. Kiedyś był czułym, troskliwym mężem – teraz miałam wrażenie, że jestem dla niego ciężarem. Zosia była dla niego niewidzialna.
Pamiętam dzień, kiedy powiedziałam mu, że jestem w ciąży. Byliśmy wtedy na Mazurach, siedzieliśmy przy ognisku. Uśmiechnęłam się i szepnęłam: „Będziemy rodzicami”. Paweł zbladł. Myślałam, że to ze wzruszenia – ale on po prostu się przestraszył. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam.
Z czasem jego lęk przerodził się w obojętność. Przestał wracać do domu na czas, coraz częściej znikał na całe wieczory. Tłumaczył się pracą, zmęczeniem, potrzebą „oddechu”. Ja zostawałam sama z kolkami Zosi, jej płaczem i własną bezradnością.
Moja mama powtarzała: „Facet musi dojrzeć do ojcostwa”. Ale ile można czekać? Zosia miała już siedem miesięcy, a Paweł nadal nie potrafił jej nawet przewinąć. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać, zamykał się w sobie.
– Nie wiem, czy jestem gotowy na bycie ojcem – powiedział pewnego wieczoru, patrząc w ścianę.
– Ale już jesteś ojcem! – odpowiedziałam rozpaczliwie. – Nie możesz tego cofnąć!
Milczał długo. W końcu wyszedł z domu i nie wrócił przez całą noc.
Zaczęłam się zastanawiać: co zrobiłam źle? Czy za bardzo go naciskałam? Czy powinnam była być bardziej wyrozumiała? Ale przecież nie byłam sama w tej ciąży. To była nasza decyzja…
Każdego dnia czułam się coraz bardziej samotna. Przyjaciele przestali dzwonić – bali się moich łez i narzekań. Moja mama mieszkała daleko i mogła przyjeżdżać tylko na weekendy. Najgorsze były noce, kiedy Zosia budziła się co godzinę, a ja płakałam razem z nią.
Pewnego dnia spotkałam na tramwajowej pętli moją dawną przyjaciółkę, Magdę. Pchałam wózek i patrzyłam w pustkę. Magda od razu zauważyła, że coś jest nie tak.
– Lejla… co się dzieje? – zapytała cicho.
Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się na środku przystanku.
Opowiedziałam jej wszystko: o Pawle, o jego ucieczkach, o tym jak bardzo czuję się niewidzialna i niekochana. Magda słuchała uważnie, a potem powiedziała coś, co mną wstrząsnęło:
– Lejla… miłość to za mało, żeby uratować rodzinę. Potrzeba jeszcze odwagi i odpowiedzialności.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Czy Paweł kiedykolwiek będzie miał odwagę być ojcem? Czy ja będę miała siłę być matką samotnie?
Wróciłam do domu i spojrzałam na Zosię. Spała spokojnie, z rączką przy buzi. Poczułam przypływ czułości i jednocześnie ogromny żal do Pawła. Jak mógł nie chcieć kochać takiego cudownego dziecka?
Wieczorem Paweł wrócił późno. Pachniał papierosami i piwem.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.
Usiadł ciężko na kanapie.
– Paweł… ja już nie mogę tak żyć. Albo jesteśmy rodziną i walczysz o nas razem ze mną… albo musisz odejść.
Spojrzał na mnie zaskoczony. Chyba pierwszy raz zobaczył we mnie siłę.
– Nie wiem… po prostu nie czuję tego… Nie potrafię być ojcem…
– Ale potrafisz być tchórzem? – zapytałam gorzko.
Nie odpowiedział. Spakował kilka rzeczy i wyszedł bez słowa.
Zostałyśmy same z Zosią. Było mi strasznie ciężko – ale po raz pierwszy poczułam ulgę. Przestałam czekać na cud.
Minęły dwa lata. Zosia rośnie zdrowa i radosna. Paweł czasem dzwoni, czasem przychodzi z prezentem – ale nigdy nie został na dłużej niż godzinę. Nadal ucieka od odpowiedzialności.
Często pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę miłość nie wystarcza? A może są ludzie, którzy nigdy nie dorosną do bycia rodzicem?
Czy wy też znacie kogoś, kto uciekł od ojcostwa lub macierzyństwa? Jak sobie z tym poradziliście? Czy można nauczyć się być rodzicem… czy to po prostu trzeba poczuć?