Miłość na patelni: Codzienna walka o świeży obiad

— Znowu? — westchnęłam, patrząc na puste talerze i resztki w garnku. — Przecież wczoraj robiłam zupę na dwa dni, Michał.

Mój mąż nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. — Nie lubię odgrzewanego. Wiesz o tym.

Wiedziałam. Wiedziałam aż za dobrze. Od pięciu lat naszego małżeństwa gotowałam codziennie świeże obiady, bo Michał twierdził, że „smakują inaczej”, „tracą aromat”, „nie są już takie dobre”. Na początku wydawało mi się to nawet urocze — dbałość o smak, o domową atmosferę. Ale po latach ta uroczość zamieniła się w ciężar.

Była środa, godzina 18:30. Wróciłam z pracy, zmęczona i głodna, a w lodówce czekała połowa wczorajszej pomidorowej. Marzyłam tylko o tym, żeby ją podgrzać, usiąść razem przy stole i porozmawiać o czymś innym niż jedzenie. Ale nie — Michał już otwierał szafki, szukając czegoś „na szybko”.

— Może zamówimy pizzę? — zaproponowałam z nadzieją.

— Nie chcę śmieciowego jedzenia. Zrób coś prostego, świeżego. Może makaron z warzywami?

Zacisnęłam zęby. — Michał, nie mam siły gotować codziennie od nowa. Pracuję tak samo jak ty.

Wzruszył ramionami. — Ja nie narzekam na swoją pracę.

Poczułam, jak narasta we mnie frustracja. Czy naprawdę to ja jestem problemem? Czy to takie dziwne, że czasem chcę odpocząć? Przecież nie jestem kucharką na etacie! Ale on tego nie rozumiał. Dla niego dom to miejsce, gdzie wszystko jest świeże, pachnące i gotowe na czas.

Wieczorem zadzwoniła do mnie mama.

— Jak tam u was?

— Jak zwykle — odpowiedziałam cicho. — Michał nie chce jeść wczorajszej zupy.

Mama westchnęła. — Kochanie, musisz z nim porozmawiać. To nie jest normalne.

— Próbowałam! On uważa, że przesadzam.

— A może spróbujcie razem gotować? Albo ustalcie dni, kiedy on gotuje?

Zaśmiałam się gorzko. — Michał? On nawet jajecznicy nie umie zrobić.

Mama milczała przez chwilę. — Musisz postawić granice. Inaczej będziesz się męczyć całe życie.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdy szczegół naszego wspólnego życia. Czy naprawdę tak trudno mu zrozumieć, że jestem zmęczona? Że mam prawo do odpoczynku? Że miłość to nie tylko spełnianie cudzych oczekiwań?

Następnego dnia wróciłam do domu później niż zwykle. Michał już był w kuchni.

— Co dziś na obiad? — zapytał bez cienia zainteresowania moim dniem.

— Nic — odpowiedziałam stanowczo. — Dziś każdy radzi sobie sam.

Spojrzał na mnie zdziwiony. — Co to znaczy?

— To znaczy, że nie jestem twoją kucharką. Jeśli nie chcesz jeść odgrzewanego, musisz sam sobie coś ugotować.

Przez chwilę patrzył na mnie jak na obcą osobę. Potem bez słowa wyszedł z kuchni.

Wieczorem atmosfera była gęsta jak rosół po trzech dniach gotowania. Siedzieliśmy w ciszy, każde przy swoim talerzu — ja z kanapką, on z zamówionym kebabem.

— Naprawdę nie rozumiesz? — zapytałam w końcu cicho. — Nie chodzi o jedzenie. Chodzi o szacunek do mojego czasu i wysiłku.

Michał wzruszył ramionami. — Myślałem, że lubisz gotować.

— Lubię, ale nie codziennie i nie pod presją! Chcę mieć wybór. Chcę czuć się partnerką, a nie służącą.

Przez chwilę milczał. Potem powiedział: — Muszę się nad tym zastanowić.

Nie wiem, co będzie dalej. Może Michał zrozumie, a może nie. Może coś się zmieni, a może będę musiała podjąć trudniejsze decyzje. Ale wiem jedno: nie chcę już dłużej żyć w poczuciu winy za to, że jestem zmęczona.

Czy naprawdę kompromis w związku musi zawsze oznaczać rezygnację z własnych potrzeb? Ile jeszcze można poświęcać siebie dla świętego spokoju? Czasem zastanawiam się, czy miłość to tylko codzienne gotowanie świeżych obiadów…