Mój mąż się ucieszył, że znalazłam pracę na pół etatu. Potem zażądał, żebym płaciła czynsz i kupowała pieluchy
– Aniu, mam dla ciebie niespodziankę! – usłyszałam głos Pawła, kiedy wrócił z pracy. Stałam przy kuchennym blacie, próbując jednocześnie mieszać zupę i uspokoić płaczącego synka. Byłam zmęczona, ale w jego oczach widziałam dumę. – Słyszałem, że przyjęli cię do tej biblioteki! Gratulacje!
Uśmiechnęłam się niepewnie. Praca na pół etatu w miejskiej bibliotece nie była spełnieniem moich marzeń, ale po miesiącach siedzenia w domu z niemowlakiem czułam, że muszę coś zrobić dla siebie. Paweł zawsze powtarzał, że jego pensja i premie wystarczą na wszystko. Ale ostatnio coraz częściej narzekał na sytuację w firmie.
– Dzięki… – odpowiedziałam cicho. – To tylko kilka godzin tygodniowo. I tak będę musiała prosić twoją mamę o pomoc z Maćkiem.
Paweł podszedł bliżej i objął mnie ramieniem. – Kochanie, to świetnie, że coś robisz dla siebie. Ale skoro już będziesz zarabiać… Może powinniśmy podzielić się wydatkami? Wiesz, czynsz, rachunki… I te pieluchy dla Maćka też mogłabyś kupować ze swojej wypłaty.
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Przecież przez ostatni rok to ja zajmowałam się domem i dzieckiem. Nie miałam nawet czasu na kawę z koleżanką, a teraz miałam jeszcze płacić za dach nad głową?
– Paweł… – zaczęłam ostrożnie. – Przecież to ty chciałeś, żebym została z Maćkiem w domu. Sama nie dałabym rady wrócić do pracy na pełen etat.
Westchnął ciężko i odwrócił wzrok. – Wiem, ale sytuacja się zmieniła. W firmie nie ma już premii, a wszystko drożeje. Musimy sobie jakoś radzić.
W tamtej chwili poczułam się jak intruz we własnym domu. Zamiast wsparcia dostałam rachunek do zapłacenia.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam przez ścianę cichy płacz Maćka i myślałam o tym, jak bardzo zmieniło się nasze życie przez ostatni rok. Kiedyś Paweł był czuły i troskliwy. Teraz coraz częściej widziałam w nim obcego człowieka.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama.
– Aniu, jak się czujesz? – zapytała z troską.
Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko. O pracy, o rozmowie z Pawłem, o tym, jak bardzo czuję się samotna.
– Dziecko… – westchnęła mama. – Małżeństwo to nie tylko wspólne rachunki. Porozmawiaj z nim jeszcze raz. Może on też się boi?
Próbowałam. Wieczorem usiedliśmy razem przy stole.
– Paweł, czuję się jakbyś traktował mnie jak współlokatorkę, a nie żonę – powiedziałam drżącym głosem.
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Nie rozumiesz… Ja też mam dość tej presji. Wszyscy oczekują ode mnie cudów: szef, ty, nawet własna matka! Chciałem tylko trochę ulgi…
Zrobiło mi się go żal, ale jednocześnie czułam narastającą złość. Czy naprawdę muszę wybierać między byciem matką a byciem partnerką? Czy moje potrzeby są mniej ważne tylko dlatego, że zarabiam mniej?
W kolejnych tygodniach nasze rozmowy coraz częściej kończyły się kłótniami. Paweł zaczął wracać później z pracy, a ja coraz częściej płakałam po nocach. Maciek wyczuwał napięcie i był niespokojny.
Pewnego dnia przyszła teściowa.
– Aniu, Paweł mówił mi o waszych problemach – zaczęła bez ogródek. – Może powinnaś poszukać czegoś lepiej płatnego? Albo wrócić do pracy na cały etat?
Poczułam się upokorzona. – Pani Zofio, Maciek ma dopiero rok… Nie chcę go zostawiać w żłobku na cały dzień.
Teściowa wzruszyła ramionami. – Każda matka musi coś poświęcić.
Po jej wyjściu długo siedziałam przy łóżeczku Maćka i patrzyłam na jego spokojną twarz. Czy naprawdę muszę poświęcić wszystko? Swoje marzenia, swoje poczucie bezpieczeństwa?
W pracy w bibliotece znalazłam chwilową ulgę. Cisza między regałami była balsamem dla moich skołatanych nerwów. Czasem rozmawiałam z koleżanką z pracy, Magdą.
– U nas było podobnie – powiedziała pewnego dnia. – Mąż nagle zaczął liczyć każdą złotówkę i wypominać mi każdy wydatek na dzieci. Myślałam, że zwariuję.
– I co zrobiłaś? – zapytałam z nadzieją.
– Postawiłam sprawę jasno: albo jesteśmy rodziną i dzielimy się wszystkim, albo każde idzie swoją drogą.
Jej słowa długo dźwięczały mi w głowie.
W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam Pawłowi wszystko: o moim zmęczeniu, o poczuciu niesprawiedliwości, o tym, że czuję się niewidzialna.
– Nie chcę być tylko współlokatorką ani twoją księgową! Chcę być żoną i matką naszego dziecka!
Paweł długo milczał. W końcu powiedział cicho:
– Przepraszam… Chyba za bardzo skupiłem się na pieniądzach i zapomniałem o nas.
Nie wiem, czy to wystarczyło, żeby wszystko naprawić. Ale wiem jedno: nie chcę już nigdy czuć się jak intruz we własnym domu.
Czy naprawdę w małżeństwie wszystko musi być podzielone na pół? Czy można być szczęśliwą rodziną bez wzajemnego wsparcia i zrozumienia?