Dostałam drugą szansę na miłość po siedemdziesiątce: Czy naprawdę można zacząć od nowa, kiedy wydaje się, że wszystko już za nami?

– Mamo, nie możesz być taka naiwna! – głos mojej córki, Agnieszki, odbijał się echem po kuchni. Stałam przy oknie, patrząc na mokre od deszczu podwórko. W dłoniach ściskałam kubek herbaty, który już dawno przestał parzyć. – Przecież nie znasz tego człowieka! – dodała jeszcze głośniej.

Spojrzałam na nią z rezygnacją. Miała rację. Nie znałam go długo. Ale czy to znaczyło, że nie mogę spróbować? Że nie mogę jeszcze raz poczuć się ważna, potrzebna, kochana?

Mam na imię Zofia. Siedemdziesiąt dwa lata. Wdowa od ośmiu. Przez większość życia byłam żoną, matką, gospodynią domową i księgową w lokalnej spółdzielni. Po śmierci męża świat mi się zawalił. Dzieci – Agnieszka i Tomek – mają swoje rodziny, swoje sprawy. Odwiedzają mnie, ale coraz rzadziej. Została mi rutyna: zakupy w Biedronce, spacery po parku, seriale w telewizji i krzyżówki.

Nie spodziewałam się już żadnych cudów. Czasem zazdrościłam ludziom z telewizji ich „drugich młodości”, ale uważałam to za bajki dla naiwnych. Aż do tamtego dnia, kiedy w bibliotece podszedł do mnie starszy pan z siwą brodą i ciepłym spojrzeniem.

– Przepraszam, czy mogę? – zapytał, wskazując na wolne miejsce przy stoliku.

– Proszę bardzo – odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku znad książki.

– Widzę, że lubi pani Szymborską – zagaił.

Uśmiechnęłam się mimowolnie. Rozmowa potoczyła się naturalnie. Dowiedziałam się, że ma na imię Janek, jest emerytowanym nauczycielem historii i od dwóch lat mieszka sam. Zaproponował kawę. Odmówiłam wtedy – przecież nie wypada! Ale przez kolejne dni nie mogłam przestać o nim myśleć.

Spotkaliśmy się znowu tydzień później. Tym razem to ja zaproponowałam kawę. Rozmawialiśmy godzinami o książkach, polityce, dawnych czasach i naszych dzieciach. Janek miał córkę w Anglii, z którą kontaktował się tylko przez Skype’a. Oboje czuliśmy się samotni.

Zaczęliśmy spotykać się regularnie. Najpierw w bibliotece, potem na spacerach po parku, a w końcu u mnie w domu przy cieście drożdżowym. Czułam się jak nastolatka – serce biło mi szybciej na myśl o kolejnym spotkaniu.

Agnieszka zauważyła zmianę niemal od razu.

– Mamo, co się dzieje? – zapytała pewnego dnia.

– Nic… Po prostu… Poznałam kogoś – wyznałam nieśmiało.

Zamilkła na chwilę, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Mamo, przecież ty masz siedemdziesiąt dwa lata! – wykrzyknęła w końcu.

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Czy wiek naprawdę przekreśla prawo do szczęścia?

Od tamtej pory atmosfera w domu zgęstniała. Agnieszka była coraz bardziej oschła, a Tomek – choć mieszkał daleko – zadzwonił i powiedział: „Mamo, uważaj na siebie. Nie daj się wykorzystać”.

Czułam się rozdarta między lojalnością wobec dzieci a własnym pragnieniem bliskości. Przez kilka dni unikałam Janka. Zamykałam się w sobie, płakałam nocami do poduszki.

Pewnego wieczoru zadzwonił domofon.

– Zosiu… To ja – usłyszałam głos Janka.

Wpuściłam go bez słowa. Usiadł naprzeciwko mnie przy stole i długo milczał.

– Wiem, że boisz się o dzieci… Ale czy nie zasługujemy choć raz pomyśleć o sobie? – zapytał cicho.

Popatrzyłam mu w oczy i zobaczyłam w nich tę samą samotność, którą czułam od lat.

– Boję się… Ale jeszcze bardziej boję się zmarnować to, co nam się przydarzyło – wyszeptałam.

Od tego dnia postanowiłam walczyć o siebie. O nas. Zaczęliśmy razem chodzić do kina, jeździć na wycieczki rowerowe (choć śmiałam się z własnej niezdarności), gotować wspólnie obiady i planować małe podróże po Polsce.

Agnieszka długo nie mogła tego zaakceptować. Przestała przychodzić tak często jak dawniej. Kiedyś usłyszałam przez telefon: „Nie rozumiem cię, mamo. Myślałam, że jesteś rozsądna”.

Ale z czasem coś zaczęło się zmieniać. Może zobaczyła, że jestem szczęśliwa? Może sama poczuła ukłucie zazdrości o moją odwagę?

Pewnego popołudnia przyszła bez zapowiedzi.

– Mamo… Przepraszam – powiedziała cicho. – Po prostu bałam się cię stracić.

Objęłyśmy się długo i mocno. Poczułam ulgę i wdzięczność.

Dziś wiem jedno: życie potrafi zaskoczyć nawet wtedy, gdy wydaje się już tylko czekać na koniec. Miłość przyszła do mnie niespodziewanie i dała mi siłę do walki o siebie.

Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: „Ile jeszcze pięknych chwil przede mną? Czy odważysz się je przeżyć?”