Teściowa w moim domu: Jak jeden gość potrafi wywrócić życie do góry nogami

— Znowu zostawiłaś kubek na stole? — głos teściowej przeszył ciszę poranka jak nóż. Stałam w kuchni, próbując ukryć drżenie rąk, kiedy nalewałam sobie kawę. Mój mąż, Tomek, jeszcze spał. Wiedziałam, że jeśli odpowiem, wybuchnie awantura. Jeśli zamilknę — usłyszę kolejną uwagę.

Pięć lat temu, kiedy wprowadziliśmy się do tej kawalerki na Pradze, byłam pewna, że damy radę. Mało miejsca, dużo miłości — to miało wystarczyć. I wystarczało, dopóki nie zadzwonił telefon: „Mama musi się do nas wprowadzić. Nie ma innego wyjścia.”

Początkowo próbowałam być wyrozumiała. Pani Halina straciła mieszkanie po pożarze, nie miała dokąd pójść. Przez pierwsze dni spała na rozkładanej kanapie, a ja starałam się być dobrą synową. Gotowałam jej ulubione zupy, słuchałam opowieści o jej młodości w Białymstoku. Ale z każdym dniem czułam, jak moje życie się kurczy.

— Wiesz, kiedyś kobiety sprzątały codziennie — powiedziała pewnego wieczoru, patrząc na mnie z wyższością. — Teraz młode to tylko byle jak po łebkach.

Zacisnęłam zęby. Tomek siedział przy stole, udając, że czyta gazetę.

— Może byś coś powiedział? — rzuciłam mu wzrokiem pełnym rozpaczy.

— Mamo, daj spokój — mruknął bez przekonania.

Ale ona już zaczynała kolejny wykład o tym, jak powinnam prać firanki i dlaczego nie powinnam kupować gotowych pierogów.

Najgorsze były poranki. Budziłam się wcześniej, żeby mieć chwilę dla siebie. Ale zawsze słyszałam szuranie kapci i jej ciężki oddech za plecami.

— Kawę pijesz na czczo? To niezdrowe. Ja zawsze najpierw jem śniadanie.

— Dziękuję za troskę — odpowiadałam mechanicznie.

Czułam się jak intruz we własnym domu. Moje kosmetyki znikały z łazienki, ubrania były przekładane w szafie. Pewnego dnia znalazłam ją przeglądającą moją szufladę z bielizną.

— Szukam proszku do prania — rzuciła bez cienia skruchy.

Wieczorami płakałam w łazience. Tomek próbował mnie pocieszać:

— To tylko na chwilę. Jak znajdzie mieszkanie, wszystko wróci do normy.

Ale „chwila” trwała już trzy miesiące. Zaczęliśmy się kłócić o drobiazgi: kto wyniesie śmieci, kto zrobi zakupy. Czułam, że oddalamy się od siebie.

Pewnej nocy usłyszałam ich rozmowę przez cienką ścianę:

— Tomek, ona cię nie szanuje. Gdybyś miał inną żonę…

— Mamo, przestań! — jego głos był zmęczony.

— Ja tylko chcę dla ciebie dobrze.

Rano spojrzałam na siebie w lustrze. Podkrążone oczy, zmarszczki ze stresu. Czy naprawdę jestem tak złą żoną?

W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka zapytała:

— Coś się stało?

Opowiedziałam jej wszystko przy kawie.

— Musisz postawić granice — powiedziała stanowczo. — Albo zwariujesz.

Tego wieczoru wróciłam do domu z postanowieniem, że porozmawiam z Tomkiem.

— Musimy coś zrobić — zaczęłam niepewnie. — Nie mogę tak żyć.

Spojrzał na mnie bezradnie.

— Próbowałem z nią rozmawiać… Ona nie ma dokąd pójść.

— A my? My już nie mamy gdzie być sobą!

Wtedy weszła teściowa.

— O czym tak szeptacie? — zapytała podejrzliwie.

— O nas — odpowiedziałam odważniej niż zwykle. — Czuję się tu obco. Potrzebuję prywatności.

Zamilkła na chwilę, po czym wzruszyła ramionami:

— Młodzi teraz tacy delikatni…

Przez kolejne dni atmosfera była gęsta jak śmietana. Unikaliśmy się wzrokiem. W końcu Tomek znalazł ogłoszenie o tanim pokoju do wynajęcia dla seniorów. Pokazał je matce.

— Chcesz mnie wyrzucić? — zapytała z wyrzutem.

— Chcemy mieć własne życie — odpowiedział cicho.

Płakała całą noc. Ja też płakałam — z ulgi i ze smutku jednocześnie. Kiedy się wyprowadzała, spojrzała mi prosto w oczy:

— Może kiedyś mnie zrozumiesz.

Długo jeszcze czułam jej obecność w każdym kącie mieszkania. Ale pierwszy raz od miesięcy mogłam napić się kawy w ciszy i poczuć, że to naprawdę mój dom.

Czasem zastanawiam się: czy można kochać rodzinę i jednocześnie bronić własnych granic? Czy jestem egoistką, czy po prostu człowiekiem? Co wy byście zrobili na moim miejscu?