„Nie ma już powrotu. Historia Elżbiety z dworu pod Lublinem, która wybrała wolność i zemstę”

– Jeszcze raz spróbujesz się sprzeciwić, Elżbieta, a przysięgam na Boga, że nie zostanie z ciebie nic! – wrzasnął Wiktor, mój mąż, a jego dłoń zaciśnięta na pasie od spodni unosiła się nad moją głową.

Nie płakałam. Nie krzyczałam. Wpatrywałam się w jego przekrwione oczy, w których odbijała się cała moja nędza. Czułam tylko piekący ból na plecach i ramionach – ślady po poprzednich razach, które nigdy do końca nie znikały.

– Nie jestem twoją własnością – wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.

Wiktor zamachnął się jeszcze raz. Tym razem nie trafił. Odsunęłam się w ostatniej chwili, upadając na podłogę. Z ust popłynęła mi krew. Słyszałam, jak służba w kuchni wstrzymuje oddech. Nikt nie odważył się wejść do salonu.

– Ty niewdzięczna szmato! – syknął, splunął mi pod nogi i wyszedł trzaskając drzwiami tak mocno, że aż popękały szyby w kredensie.

Leżałam chwilę bez ruchu. W głowie pulsowało mi jedno zdanie: „To już koniec. Albo on, albo ja.”

Wstałam powoli, podpierając się o stół. W lustrze zobaczyłam własną twarz – opuchniętą, z rozciętą wargą i śladami łez na policzkach. Ale w oczach miałam coś nowego: determinację.

Wyszłam tylnymi drzwiami do ogrodu. Tam czekała na mnie Zofia – kucharka, która była dla mnie jak matka. Miała siwe włosy i dłonie poparzone od wrzątku.

– Pani Elżbieto… – szepnęła, patrząc na mnie z przerażeniem.

– Zosiu, czy masz jeszcze ten napar z tojadu? – spytałam cicho.

Zofia spojrzała na mnie długo, po czym skinęła głową.

– Pani wie, co to znaczy? – zapytała drżącym głosem.

– Wiem – odpowiedziałam. – Ale nie mogę już dłużej żyć jak zwierzę.

Zofia podała mi mały flakonik z ciemnego szkła.

– Trzy krople wystarczą – powiedziała. – Reszta to już tylko kwestia czasu.

Wróciłam do domu. Przez cały dzień Wiktor nie pokazał się ani razu. Służba chodziła na palcach, jakby wszyscy czuli, że coś wisi w powietrzu.

Wieczorem przyszedł do mnie Janek – stajenny. Miał dwadzieścia dwa lata, był synem chłopa pańszczyźnianego z sąsiedniej wsi. Od miesięcy patrzył na mnie inaczej niż wszyscy mężczyźni w tym domu – z szacunkiem i troską.

– Pani… – zaczął nieśmiało. – On panią zabije.

– Nie pozwolę mu na to – odpowiedziałam twardo. – Ale potrzebuję twojej pomocy.

Janek skinął głową. Wiedziałam, że mogę mu zaufać. W jego oczach widziałam gniew i żal – jego matka zmarła po tym, jak Wiktor kazał ją wychłostać za kradzież kilku ziemniaków.

– Co mam zrobić?

– Jutro wieczorem przynieś mi jego ulubione wino z piwnicy. Resztą zajmę się sama.

Janek odszedł bez słowa. Zostałam sama z myślami i strachem, który ściskał mi gardło.

Noc była długa. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na księżyc chowający się za chmurami. Przypominałam sobie wszystkie chwile upokorzenia: kiedy Wiktor kazał mi klęczeć przed służbą za to, że nie podałam mu obiadu na czas; kiedy bił mnie pasem po twarzy; kiedy zamykał mnie w spiżarni na całe dnie bez jedzenia.

Ale najgorsze było to, co zrobił mojej córce, Marysi. Miała wtedy dziewięć lat. Przyszła do mnie zapłakana: „Mamo, tata mnie uderzył… bo rozlałam mleko.”

Wtedy coś we mnie pękło po raz pierwszy. Ale dopiero teraz byłam gotowa działać.

Rano obudziły mnie krzyki z kuchni. Okazało się, że Wiktor kazał wychłostać starego Ignacego za to, że ten zasnął przy piecu. Siedziałam przy stole i patrzyłam na niego z nienawiścią tak czystą, że aż sama się jej przestraszyłam.

Wieczorem Janek przyniósł butelkę czerwonego wina. Drżały mu ręce.

– Pani… jeśli coś się stanie…

– Nic ci nie grozi – przerwałam mu stanowczo. – Wszystko wezmę na siebie.

Wlałam trzy krople naparu do kielicha i zaniosłam go do salonu.

Wiktor siedział przy kominku, czytał gazetę i popijał koniak.

– Przyniosłam ci wino – powiedziałam spokojnie.

Spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Co taka grzeczna nagle? – zapytał z kpiną.

– Chciałam ci podziękować za wszystko…

Zaśmiał się głośno.

– No proszę! Może jednak coś do ciebie dotarło!

Podałam mu kielich. Wypił duszkiem.

Przez chwilę nic się nie działo. Potem nagle zaczął łapać się za gardło.

– Co… co mi zrobiłaś?!

Patrzyłam mu prosto w oczy.

– To sprawiedliwość za wszystko, co zrobiłeś mnie i innym.

Upadł na podłogę, wijąc się w konwulsjach. Służba wbiegła do salonu, ale nikt nie odważył się podejść bliżej.

Janek stanął obok mnie i chwycił mnie za rękę.

– Teraz już nikt cię nie skrzywdzi – powiedział cicho.

Wiktor umierał długo i boleśnie. Każdy jego krzyk był dla mnie jak wybawienie.

Po wszystkim usiadłam przy stole i spojrzałam na zgromadzoną służbę.

– Jesteście wolni – powiedziałam cicho. – Nikt już was nie będzie bić ani poniżać.

Zapanowała cisza. Potem ktoś zaczął płakać – najpierw Zofia, potem Ignacy i reszta ludzi. Janek objął mnie ramieniem.

Wiedziałam, że teraz wszystko się zmieniło. Dwór już nigdy nie będzie taki sam.

Przez kolejne dni baliśmy się każdego stukotu kopyt na drodze – baliśmy się zemsty rodziny Wiktora albo sąsiadów. Ale nikt nie przyszedł. Ludzie bali się tego domu bardziej niż nas.

Z czasem zaczęliśmy żyć inaczej: razem pracować w polu, dzielić się jedzeniem i obowiązkami. Marysia wróciła do domu z klasztoru i po raz pierwszy od lat zobaczyłam u niej uśmiech.

Czasem budziły mnie koszmary: widziałam twarz Wiktora wykrzywioną bólem i słyszałam jego przekleństwa. Ale potem patrzyłam na Janka śpiącego obok mnie i wiedziałam, że zrobiłam to, co musiałam zrobić.

Czy można wybaczyć sobie taką zemstę? Czy sprawiedliwość zawsze musi być tak okrutna? Czasem myślę: czy gdybym wtedy uciekła zamiast walczyć… czy byłabym dziś wolna?