Moja teściowa uważa, że zniszczyłam rodzinę, odbierając jej syna. Historia o tym, jak miłość może być powodem wojny domowej.
– To wszystko przez ciebie! – wrzasnęła teściowa, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w kuchni. Stałam przy zlewie z rękami zanurzonymi w pianie i przez chwilę nie mogłam złapać tchu. W powietrzu unosił się zapach smażonej cebuli i gorycz, która od miesięcy nie opuszczała tego domu.
Mam na imię Marta. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że największym wyzwaniem mojego życia nie będzie praca, kredyt czy wychowanie dzieci, tylko relacja z teściową – wyśmiałabym go. Ale dziś wiem, że to prawda. Moja historia zaczęła się cztery lata temu, gdy poznałam Pawła. Był cichy, trochę zamknięty w sobie, ale miał w oczach coś, co sprawiało, że czułam się przy nim bezpieczna. Szybko się zakochaliśmy i równie szybko postanowiliśmy zamieszkać razem.
Paweł pochodził z małej miejscowości pod Lublinem. Jego matka, pani Halina, była kobietą twardą jak stal – typowa polska matrona, która całe życie poświęciła rodzinie i gospodarstwu. Ojciec Pawła zmarł wcześnie, więc Halina sama wychowywała dwóch synów: Pawła i młodszego o trzy lata Michała. Michał był jej oczkiem w głowie – zawsze chwalony, zawsze pod ochroną. Paweł natomiast miał być tym odpowiedzialnym, tym, który nie sprawia problemów i zawsze pomaga.
Pierwszy raz odwiedziłam ich dom na Wielkanoc. Pamiętam, jak Halina przywitała mnie chłodno – uścisk dłoni był twardy jak kamień, a spojrzenie przeszywające na wskroś. – To ty jesteś tą Martą? – zapytała bez uśmiechu. – No zobaczymy, czy dasz sobie radę na wsi.
Już wtedy poczułam, że nie będzie łatwo. Przez całe święta byłam traktowana jak intruz. Michał siedział przy stole i opowiadał o swoich sukcesach na studiach w Warszawie, a ja z Pawłem biegałam między kuchnią a oborą – bo „goście muszą pomóc”. Halina patrzyła na mnie z wyższością i co chwilę rzucała kąśliwe uwagi: – U was w mieście to chyba nie wiecie, jak się ziemniaki obiera.
Po powrocie do Lublina Paweł był przygaszony. – Przepraszam za mamę – powiedział cicho. – Ona taka jest…
Myślałam, że z czasem się do mnie przekona. Że zobaczy, jak bardzo kocham jej syna i jak bardzo staram się być częścią rodziny. Ale było tylko gorzej. Każda nasza wizyta kończyła się kłótnią albo moimi łzami w łazience. Halina nie przepuściła żadnej okazji, by mi dogryźć: – Paweł schudł od kiedy z tobą mieszka. Pewnie nie umiesz gotować…
Najgorsze przyszło po naszym ślubie. Halina była wyraźnie niezadowolona z tego, że nie chcieliśmy mieszkać na gospodarstwie. – Zostawiasz matkę samą? – pytała Pawła z wyrzutem. – Michał to przecież jeszcze dziecko! (Michał miał wtedy 25 lat). – A ty? Ty się tylko Martą przejmujesz!
Paweł próbował tłumaczyć: – Mamo, chcemy żyć po swojemu…
– Po swojemu? To znaczy jak? Żeby matka zdechła ze starości sama?
Czułam się winna za każdym razem, gdy Paweł wracał od niej przybity. Zaczęły się telefony: codziennie rano i wieczorem Halina dzwoniła do Pawła z pretensjami. Gdy nie odbierał, wydzwaniała do mnie.
– Co mu zrobiłaś? Czemu nie chce ze mną rozmawiać?
– Pani Halino, Paweł jest w pracy…
– W pracy? A może u tej swojej żony pod pantoflem?
W końcu Paweł zaczął unikać rozmów z matką. Widziałam, jak go to boli. Zawsze był lojalny wobec rodziny, ale teraz czuł się rozdarty między mną a matką.
Wszystko eksplodowało rok temu, gdy zaszłam w ciążę. Zamiast radości – kolejna wojna.
– Teraz to już na pewno mnie zostawisz! – krzyczała Halina przez telefon do Pawła.
– Mamo, przecież będziesz babcią!
– Babcią? A kto mi pomoże w polu? Michał? On ma ważniejsze sprawy! Ty zawsze byłeś moją podporą!
Pewnego dnia Halina przyjechała do nas bez zapowiedzi. Weszła do mieszkania bez pukania (Paweł dał jej kiedyś klucz „na wszelki wypadek”) i zaczęła robić inspekcję: zaglądała do lodówki, sprawdzała kurz na meblach.
– Tak wygląda dom kobiety? – rzuciła pogardliwie.
Potem usiadła naprzeciwko mnie i powiedziała:
– Marta, powiem ci prosto: nigdy cię nie zaakceptuję. Odbierasz mi syna i rozbijasz rodzinę.
Zamarłam. Chciałam coś odpowiedzieć, ale zabrakło mi słów.
– Paweł był moim wsparciem przez tyle lat! Ty przyszłaś i wszystko się zmieniło! Michał nigdy nie będzie taki jak on!
Wtedy Paweł wszedł do pokoju.
– Mamo, przestań! Marta jest moją żoną! Kocham ją!
Halina zerwała się z miejsca:
– Widzisz?! Nawet nie potrafisz już sam myśleć! Ona cię zmanipulowała!
Po tej awanturze Paweł przez kilka tygodni nie rozmawiał z matką. Było mi go żal – widziałam, jak cierpi. Michał dzwonił do niego tylko wtedy, gdy potrzebował pieniędzy albo pomocy przy samochodzie.
Kiedy urodziła się nasza córka Zosia, Halina pojawiła się w szpitalu z naręczem kwiatów i miną cierpiętnicy.
– No dobrze – powiedziała chłodno – wnuczka to wnuczka.
Ale już po tygodniu zaczęły się komentarze:
– Dziecko płacze? Pewnie źle je karmisz…
– Zosia ma kolki? Bo matka zestresowana…
Czułam się coraz bardziej osaczona. Każda moja decyzja była krytykowana: od wyboru pieluch po sposób karmienia dziecka.
Pewnego dnia Paweł wrócił z pracy blady jak ściana.
– Mama była dziś u mnie w biurze – powiedział cicho.
– Co?!
– Przyszła i zrobiła mi awanturę przy wszystkich… Powiedziała, że jestem niewdzięcznym synem i że przez ciebie rodzina się rozpadnie.
Wtedy pękłam.
Wieczorem zadzwoniłam do Haliny.
– Proszę pani – powiedziałam drżącym głosem – ja naprawdę nie chcę zabierać pani syna. Chcę tylko żyć spokojnie z moją rodziną.
– Rodziną?! Ty nie jesteś moją rodziną! Jesteś tylko przeszkodą!
Po tej rozmowie długo płakałam. Paweł tulił mnie i powtarzał:
– Przepraszam… To wszystko moja wina…
Ale wiedziałam, że to nie jego wina.
Z czasem nauczyliśmy się stawiać granice. Paweł zmienił zamki w drzwiach i poprosił mamę o wcześniejsze umawianie wizyt. Michał coraz rzadziej dzwonił – podobno miał nową dziewczynę w Warszawie i przestał interesować się domem rodzinnym.
Halina obraziła się na nas na kilka miesięcy. Nie pojawiła się nawet na chrzcinach Zosi.
Dziś minął rok od tamtej wielkiej kłótni. Nasze życie powoli wraca do równowagi, choć relacje z teściową są chłodne jak lód na Wiśle w styczniu. Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy naprawdę można być szczęśliwym w małżeństwie bez akceptacji rodziny? Czy matczyna zazdrość może być silniejsza niż miłość?
A wy? Czy mieliście kiedyś poczucie, że musicie walczyć o własne miejsce w rodzinie swojego partnera? Jak sobie radziliście z takimi konfliktami?