Kiedy macierzyństwo boli: Wyznanie Marii z Krakowa, która została sama po latach poświęceń

– Mamo, nie możesz tak dzwonić codziennie! – głos Agnieszki, mojej najstarszej córki, drżał z irytacji. – Mam swoje życie, rozumiesz?

Zamarłam z telefonem przy uchu. W kuchni cicho bulgotała zupa pomidorowa, którą gotowałam, choć nikt już nie miał jej zjeść. Odkąd Tomek wyjechał do Wrocławia na studia, a Agnieszka i Bartek założyli własne rodziny, mieszkanie na osiedlu Ruczaj stało się dla mnie za duże i za ciche. Każdy kąt przypominał mi o ich dzieciństwie – ślady kredek na ścianie w przedpokoju, wyblakłe zdjęcia na lodówce, pluszowy miś pod łóżkiem.

Czasem łapałam się na tym, że rozmawiam sama ze sobą. – Maria, ogarnij się – mówiłam do swojego odbicia w lustrze. – Przecież masz tyle wolnego czasu! Możesz robić, co chcesz. Ale co ja właściwie chciałam? Przez trzydzieści lat byłam przede wszystkim matką. Moje życie kręciło się wokół dzieci: szkoła, obiady, zebrania, choroby, radości i smutki. Teraz zostały mi tylko wspomnienia i telefon, który coraz rzadziej dzwonił.

Pewnego wieczoru zadzwoniła sąsiadka, pani Zosia. – Mario, chodź na herbatę. Pogadamy. – Zgodziłam się bez entuzjazmu. W jej mieszkaniu pachniało ciastem drożdżowym i lawendą. – Wiesz – zaczęła Zosia – ja też miałam taki czas. Dzieci wyjechały do Anglii, mąż umarł… Myślałam, że zwariuję z samotności. Ale potem zaczęłam chodzić na zajęcia do domu kultury. Może spróbujesz?

Wróciłam do siebie i długo siedziałam w ciemności. Czy naprawdę powinnam szukać czegoś nowego? Przecież moje miejsce było przy rodzinie…

Kilka dni później zadzwoniła Agnieszka. – Mamo, przepraszam za ostatnio. Jestem zmęczona, dzieci chore…
– Nic się nie stało – odpowiedziałam szybko, choć w środku czułam ukłucie żalu.

Zaczęłam chodzić na zajęcia plastyczne w domu kultury. Na pierwszych warsztatach czułam się jak intruz. Wszyscy wydawali się młodsi, pewniejsi siebie. Ale po kilku tygodniach zaczęłam czerpać radość z malowania. Zrobiłam nawet obraz przedstawiający naszą rodzinę na wakacjach nad Bałtykiem.

Któregoś dnia Bartek zadzwonił niespodziewanie.
– Mamo, mogę przyjechać na weekend? Potrzebuję pogadać.
Serce mi zabiło mocniej.
– Oczywiście! – odpowiedziałam bez wahania.

Bartek przyjechał z walizką i smutkiem w oczach.
– Kłócimy się z Kasią… Nie wiem, czy to ma sens.
Usiadłam obok niego na kanapie.
– Synku, życie we dwoje to nie bajka. Ale warto walczyć o miłość.
Rozmawialiśmy do późna w nocy. Poczułam się potrzebna jak dawniej.

Po jego wyjeździe długo nie mogłam zasnąć. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: moje dzieci mnie kochają, ale mają własne życie. Nie mogę być już centrum ich świata. Muszę znaleźć swoje miejsce poza rolą matki.

Zadzwoniłam do Agnieszki.
– Cześć córeczko. Chciałam ci powiedzieć, że zapisałam się na kurs malarstwa.
– Naprawdę? Super! Jestem z ciebie dumna.
Poczułam ciepło w sercu.

Z czasem zaczęłam spotykać się z innymi kobietami w podobnej sytuacji. Rozmawiałyśmy o samotności, tęsknocie za dziećmi, o tym, jak trudno pogodzić się ze zmianą roli. Jedna z nich powiedziała:
– Maria, dzieci są tylko gośćmi w naszym życiu. Musimy nauczyć się być gospodyniami własnego domu.

Wciąż bywały dni, gdy płakałam po cichu wieczorami. Ale coraz częściej budziłam się rano z myślą: dziś zrobię coś dla siebie.

Niedawno Tomek przyjechał z dziewczyną na obiad.
– Mamo, twoja pomidorowa jest najlepsza na świecie!
Zaśmiałam się przez łzy szczęścia.

Czasem patrzę na swoje odbicie i pytam: Kim jestem bez dzieci? Czy potrafię być szczęśliwa tylko dla siebie? Może każda matka musi kiedyś znaleźć odpowiedź na to pytanie…