Jak zbudowaliśmy dom bez wsparcia rodziców – historia Mireli i Dariusza pełna walki, łez i dumy

– Mirela, czy ty naprawdę myślisz, że damy radę? – głos Dariusza drżał, gdy patrzył na mnie znad sterty papierów kredytowych. Siedzieliśmy przy kuchennym stole w wynajmowanym mieszkaniu na obrzeżach Radomia. Za oknem padał deszcz, a ja czułam, jakby każda kropla uderzała prosto w moje serce.

Nie miałam już siły płakać. Od miesięcy żyliśmy w ciągłym napięciu – odkąd postanowiliśmy zbudować dom bez pomocy rodziców. Moi rodzice nigdy nie mieli pieniędzy, a jego… Cóż, jego ojciec, pan Roman, właściciel dużej firmy budowlanej, od początku mówił: „Jak się nie potrafisz dorobić sam, to znaczy, że się nie nadajesz”. Dla niego byliśmy tylko dzieciakami z głowami w chmurach.

– Darek, jeśli teraz odpuścimy, to już nigdy nie będziemy mieć swojego miejsca – odpowiedziałam cicho. – Nie chcę całe życie słuchać, że coś dostaliśmy za darmo.

Wiedziałam, że dla niego to jeszcze trudniejsze. Jego rodzina mieszkała w wielkim domu pod Warszawą, a my wynajmowaliśmy kawalerkę z przeciekającym dachem. Każda wizyta u teściów była upokorzeniem – spojrzenia pełne politowania, pytania o zarobki i ironiczne komentarze: „Może jeszcze poprosicie o pożyczkę?”.

Zaczęliśmy szukać działki. Każdy weekend spędzaliśmy na oglądaniu ogłoszeń, jeździliśmy po wsiach pod Radomiem, rozmawialiśmy z sołtysami. W końcu znaleźliśmy kawałek ziemi w Woli Gutowskiej – daleko od miasta, ale przynajmniej na naszą kieszeń. Cena? 80 tysięcy złotych. Wszystkie nasze oszczędności plus kredyt.

Podpisanie umowy kredytowej było jak wyrok. 30 lat spłacania rat. Pamiętam, jak trzymałam długopis i ręka mi się trzęsła. Darek próbował żartować:

– No to teraz jesteśmy niewolnikami banku.

Ale wiedziałam, że to nie jest śmieszne.

Budowa zaczęła się wiosną. Sami kopaliśmy fundamenty – Darek po pracy w magazynie, ja po godzinach w sklepie spożywczym. Często wracaliśmy do domu po północy, brudni i zmęczeni. Sąsiedzi patrzyli na nas jak na wariatów.

– Po co wam to? – pytała pani Zosia z naprzeciwka. – Lepiej byście dzieci robili niż dom stawiali.

A my nie mieliśmy nawet czasu pomyśleć o dzieciach. Każda złotówka szła na cement, cegły, okna. Nie było wakacji, nie było wyjść do kina. Czasem kłóciliśmy się o drobiazgi – o to, kto zapomniał kupić gwoździe, kto źle policzył metr kwadratowy styropianu.

Najgorsze były święta. Wigilia u teściów – stół zastawiony po brzegi, a rozmowy tylko o pieniądzach i sukcesach kuzynów. Siedziałam cicho i czułam się jak intruz.

– Mirela, a wy kiedy się w końcu dorobicie? – zapytała ciotka Teresa z uśmiechem.

Chciałam wyjść i nigdy nie wracać.

Czasem miałam ochotę się poddać. Gdy pewnego dnia wichura zerwała dachówkę z naszej niedokończonej budowy, usiadłam na schodach i płakałam jak dziecko.

– Po co nam to wszystko? – szlochałam do Dariusza. – Może rzeczywiście jesteśmy głupi?

On tylko mnie przytulił.

– Mirela, mamy siebie. To jest nasz dom. Nawet jeśli jeszcze nie stoi.

Przez dwa lata żyliśmy jak na wojnie. Praca, budowa, praca, budowa. Czasem wydawało mi się, że już nie mamy siły rozmawiać o niczym innym niż rachunki i materiały budowlane.

Aż pewnego dnia…

Weszliśmy do środka naszego domu po raz pierwszy bez kasków i kurtek roboczych. Pachniało świeżą farbą i drewnem. W salonie stały dwa stare krzesła i karton po telewizorze zamiast stołu.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie i przez chwilę milczeliśmy.

– Wiesz co? – powiedział Darek cicho. – Nikt nam tego nie zabierze.

Spojrzałam na niego i poczułam dumę tak wielką, że aż zabrakło mi tchu.

Dziś mieszkamy tu już trzeci rok. Kredyt dalej spłacamy, czasem brakuje na wakacje czy nowe ubrania. Ale kiedy patrzę przez okno na nasz ogród – choć jeszcze pełen chwastów – wiem, że było warto.

Rodzice Dariusza dalej patrzą na nas z góry. Moja mama czasem mówi: „Może lepiej byłoby wynająć coś w mieście?”. Ale ja wiem jedno: ten dom jest nasz. Każda cegła to nasze łzy i pot.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę warto było tyle poświęcić dla własnych czterech ścian? Czy szczęście mierzy się metrażem czy tym, ile serca włożyliśmy w każdy metr?

A wy? Czy odważylibyście się wszystko postawić na jedną kartę dla marzenia o własnym domu?