Moja pasierbica wykluczyła mnie z własnego ślubu – czy naprawdę nigdy nie byłam częścią tej rodziny?
– Mamo, nie wiem, jak mam ci to powiedzieć… – głos Magdy drżał, a jej oczy unikały mojego spojrzenia. Stałyśmy w kuchni, gdzie jeszcze przed chwilą kroiłam warzywa na sałatkę. Zamarłam z nożem w ręku, czując, że za chwilę usłyszę coś, co zmieni wszystko.
– Po prostu powiedz – odpowiedziałam cicho, próbując ukryć narastający niepokój.
– Nie chcę, żebyś była na moim ślubie – wypaliła nagle, a jej słowa roztrzaskały się o moją duszę jak porcelanowa filiżanka o podłogę. – To znaczy… Tata będzie, wiadomo. Ale… ty… to nie jest twoje miejsce.
Poczułam, jak świat wokół mnie zwalnia. Przez chwilę słyszałam tylko szum własnej krwi w uszach. Magda patrzyła gdzieś w bok, jakby bała się spotkać mój wzrok. Przez lata starałam się być dla niej kimś więcej niż tylko żoną jej ojca. Byłam przy niej, gdy miała gorączkę, gdy płakała po pierwszym zawodzie miłosnym, gdy nie zdała matury za pierwszym razem. To ja szykowałam jej ulubione naleśniki na śniadanie i to ja pomagałam wybrać sukienkę na studniówkę. A teraz… teraz nie byłam nawet godna być gościem na jej ślubie.
– Rozumiem – wyszeptałam, choć tak naprawdę niczego nie rozumiałam.
Magda wyszła z kuchni bez słowa. Zostałam sama z pustką i ciszą, która dźwięczała mi w uszach bardziej niż jej słowa. Usiadłam przy stole i pozwoliłam łzom płynąć. Nie pierwszy raz czułam się obca w tej rodzinie, ale nigdy wcześniej nie bolało to aż tak bardzo.
Mój mąż, Andrzej, wrócił późnym wieczorem. Siedziałam już wtedy w salonie, patrząc w ciemność za oknem.
– Katarzyna… – zaczął ostrożnie. – Magda mówiła mi…
– Nie musisz nic mówić – przerwałam mu. – Już wiem.
Usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy. W końcu odezwał się cicho:
– To jej decyzja. Jest dorosła.
– A ja? – zapytałam z goryczą. – Czy ja kiedykolwiek byłam częścią tej rodziny?
Andrzej spuścił wzrok. Wiedziałam, że on też czuje się rozdarty między mną a córką. Ale zawsze wybierał ją. Nawet jeśli nie mówił tego wprost.
Przez kolejne dni dom był pełen przygotowań do ślubu. Magda z narzeczonym przychodzili omawiać szczegóły, a ja starałam się być niewidzialna. Czułam się jak cień przemykający po własnym domu. Nikt nie pytał mnie o zdanie, nikt nie prosił o pomoc. Nawet teściowa Andrzeja patrzyła na mnie z wyższością, jakby chciała powiedzieć: „Wiedziałam, że nie pasujesz do naszej rodziny”.
W noc przed ślubem nie mogłam spać. W głowie przewijały mi się wszystkie wspólne chwile z Magdą: jej pierwszy dzień w szkole po rozwodzie Andrzeja z jej matką; wieczory spędzone na czytaniu książek; kłótnie o błahostki i pojednania przy kubku herbaty. Czy to wszystko naprawdę nic nie znaczyło?
Rano Andrzej ubrał się odświętnie i wyszedł bez słowa. Siedziałam sama w pustym domu, słuchając odgłosów miasta za oknem. Próbowałam zająć się czymkolwiek – sprzątaniem, gotowaniem – ale wszystko wydawało się bez sensu.
Około południa zadzwoniła moja siostra, Ewa.
– I co? Idziesz na ten ślub? – zapytała bez ogródek.
– Nie jestem zaproszona – odpowiedziałam drżącym głosem.
– Katarzyna… przecież wychowałaś tę dziewczynę! Jak ona mogła ci to zrobić?
Nie miałam odpowiedzi. Może nigdy nie byłam dla Magdy prawdziwą matką? Może zawsze byłam tylko przeszkodą między nią a ojcem? Może te wszystkie lata starań były tylko moją iluzją?
Wieczorem wrócił Andrzej. Był zmęczony i wyraźnie spięty.
– Jak było? – zapytałam cicho.
– Ładnie… – odparł krótko i poszedł do sypialni.
Zostałam sama z myślami i żalem, który dławił mnie od środka. Przez kolejne dni Magda nie zadzwoniła ani razu. W domu panowała cisza, której nie potrafiłam już znieść.
Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i napisałam do niej wiadomość:
„Magda, chciałam tylko powiedzieć, że mimo wszystko życzę ci szczęścia. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa w swoim nowym życiu.”
Nie odpisała.
Minęły tygodnie. Andrzej coraz częściej nocował poza domem – tłumaczył się pracą albo tym, że musi pomóc Magdzie przy remoncie mieszkania. Ja zostałam sama ze swoim bólem i pytaniami bez odpowiedzi.
Któregoś wieczoru zadzwoniła Ewa:
– Katarzyna, musisz coś zrobić dla siebie. Przecież nie możesz tak żyć! Może czas pomyśleć o sobie?
Zaczęłam chodzić na spacery po parku, zapisałam się na jogę. Powoli uczyłam się żyć bez iluzji tej rodziny. Zrozumiałam, że czasem można dawać z siebie wszystko i nadal być obcym.
Dziś patrzę na zdjęcia Magdy ze ślubu w internecie i czuję ukłucie żalu, ale też ulgę. Może to czas na nowy początek? Może rodzina to nie tylko więzy krwi czy papierowe zaproszenia?
Czy naprawdę nigdy nie byłam częścią tej rodziny? A może to ja powinnam przestać szukać akceptacji tam, gdzie jej nigdy nie było?