Moja córka nie akceptuje mojego nowego partnera – czy mam prawo do szczęścia, jeśli ona cierpi?

– Mamo, jeśli on tu zostanie, ja wyprowadzam się do taty! – krzyknęła Zosia, trzaskając drzwiami swojego pokoju. Stałam w przedpokoju z kluczami w dłoni, a serce waliło mi jak oszalałe. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko i pobiec za nią, ale wiedziałam, że muszę dać jej czas. To był kolejny wieczór pełen łez i krzyków, odkąd powiedziałam jej o Rafale.

Kiedy Grzegorz zginął w wypadku samochodowym pięć lat temu, świat rozsypał mi się na milion kawałków. Zosia miała wtedy zaledwie siedem lat. Przez długi czas żyłyśmy tylko we dwie – ja i ona przeciwko światu. Każdy dzień był walką: o jej uśmiech, o spokój w domu, o to, by nie czuła się samotna. Pracowałam jako nauczycielka polskiego w liceum, więc mogłam być z nią popołudniami. Ale wieczorami, gdy zasypiała, czułam się jak cień człowieka. Tęskniłam za bliskością, rozmową, dotykiem.

Rafała poznałam przypadkiem – na szkoleniu dla nauczycieli w Krakowie. Był ciepły, dowcipny, miał w sobie coś, co sprawiało, że chciało się przy nim być. Przez kilka miesięcy spotykaliśmy się tylko na kawę, rozmawialiśmy godzinami o wszystkim i o niczym. W końcu odważyłam się zaprosić go do domu. Zosia była uprzejma, ale wycofana. Myślałam, że potrzebuje czasu.

Z czasem zaczęliśmy spędzać razem coraz więcej czasu – Rafał gotował dla nas kolacje, pomagał Zosi w matematyce (czego ja nigdy nie rozumiałam), zabierał nas na wycieczki rowerowe. Wydawało mi się, że powoli stajemy się rodziną. Ale pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Zosi z jej przyjaciółką przez telefon:

– On nigdy nie będzie moim tatą! Mama chyba zapomniała o tacie…

Zamarłam. Poczułam się winna. Czy rzeczywiście zapomniałam? Czy miałam do tego prawo?

Od tamtej pory Zosia zaczęła się zmieniać – była coraz bardziej zamknięta w sobie, unikała Rafała, przestała z nim rozmawiać. Coraz częściej wracała do domu późno, tłumacząc się dodatkowymi zajęciami. Kiedy próbowałam z nią rozmawiać, odpowiadała zdawkowo lub milczała.

Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej i zobaczyłam ją siedzącą na podłodze w swoim pokoju z albumem zdjęć. Na widok mojego cienia w drzwiach szybko zamknęła album i otarła łzy.

– Zosiu…
– Nie chcę o tym rozmawiać.

Czułam się bezradna. Chciałam być dobrą matką, ale też kobietą, która ma prawo do szczęścia. Czy to było egoistyczne?

W weekend Rafał zaproponował wspólny wyjazd nad jezioro. Myślałam, że to dobry pomysł – może zmiana otoczenia pozwoli nam się zbliżyć. Niestety, już w samochodzie atmosfera była napięta.

– Po co on z nami jedzie? – syknęła Zosia.
– Bo jest dla mnie ważny – odpowiedziałam spokojnie.
– A ja? Ja już nie jestem?

Zatrzymałam samochód na poboczu. Odwróciłam się do niej i spojrzałam prosto w oczy.

– Jesteś najważniejsza na świecie. Ale ja też jestem człowiekiem. Potrzebuję kogoś bliskiego.
– To wybierz! Albo on, albo ja!

Te słowa dźwięczały mi w głowie przez całą drogę powrotną. Rafał milczał, patrzył przez okno. W domu Zosia zamknęła się w swoim pokoju i nie wychodziła przez resztę dnia.

Wieczorem usiadłam przy jej łóżku.

– Zosiu… Proszę cię, porozmawiaj ze mną.
– Nie chcę go tu widzieć! Tata by tego nie chciał!
– Tata zawsze chciałby mojego szczęścia…
– Kłamiesz! Zapomniałaś o nim!

Poczułam łzy napływające do oczu. Przytuliłam ją mimo jej oporu.

– Nigdy nie zapomnę twojego taty. Ale życie toczy się dalej…

Przez kolejne dni atmosfera była lodowata. W pracy ledwo skupiałam się na lekcjach. Koledzy pytali, czy wszystko w porządku – kiwałam głową i uśmiechałam się sztucznie.

Rafał próbował rozmawiać z Zosią:

– Wiem, że nie jestem twoim tatą i nigdy nie będę chciał go zastąpić… Ale bardzo cię lubię i zależy mi na was obu.
– Nie musisz tu być – odpowiedziała chłodno.

Zaczęłam zastanawiać się nad wszystkim: czy powinnam poświęcić swoje szczęście dla córki? Czy mam prawo układać sobie życie na nowo? A może powinnam poczekać jeszcze kilka lat?

Pewnej nocy obudziłam się ze ściśniętym sercem. Poszłam do kuchni napić się wody i zobaczyłam Zosię siedzącą przy stole z kubkiem herbaty.

– Nie śpisz? – spytałam cicho.
– Boję się…
– Czego?
– Że już nigdy nie będziemy rodziną…

Usiadłam obok niej i objęłam ją ramieniem.

– Rodzina to my dwie. I zawsze tak będzie. Ale może jest miejsce dla kogoś jeszcze…

Nie odpowiedziała. W jej oczach widziałam ból i strach przed zmianą.

Dziś wiem jedno: każda decyzja będzie bolała którąś z nas. Ale czy naprawdę muszę wybierać między własnym szczęściem a szczęściem dziecka? Czy można być dobrą matką i szczęśliwą kobietą jednocześnie?

Czasem patrzę na Zosię i pytam siebie: ile jeszcze wytrzymam bez miłości? Ile ona wytrzyma bez poczucia bezpieczeństwa? Czy kiedykolwiek znajdziemy kompromis?

Może wy macie podobne doświadczenia? Jak poradziliście sobie z takim wyborem?