Sofa „Marzenie” – historia o miłości, samotności i dorastaniu

– Znowu siedzisz na tej sofie i gapisz się w okno, jakbyś czekała na cud – Marek rzucił kluczami na komodę, a ja poczułam, jak wzbiera we mnie fala złości i bezsilności.

Nie odpowiedziałam od razu. Wpatrywałam się w szare niebo za szybą, próbując nie płakać. Sofa „Marzenie” – tak ją nazwaliśmy, kiedy kupiliśmy ją razem trzy lata temu. Miała być początkiem naszego wspólnego życia. Miała być wygodna, miękka, idealna do przytulania się po ciężkim dniu. Miała być symbolem wszystkiego, co nowe i piękne. Teraz była tylko miejscem ucieczki.

– Może gdybyś czasem usiadł ze mną, nie czułabym się tak sama – powiedziałam cicho, nie odwracając głowy.

Marek westchnął ciężko. – Przestań dramatyzować, Anka. Przecież wiesz, że mam dużo pracy. Nie mogę siedzieć całymi dniami i rozmawiać o niczym.

O niczym… To słowo zabolało mnie bardziej niż chciałam przyznać. Praca Marka zawsze była ważniejsza. Najpierw studia, potem awans w firmie ojca. Ja – nauczycielka polskiego w podstawówce – byłam tylko tłem dla jego ambicji. Ale kiedyś było inaczej. Kiedyś potrafiliśmy godzinami rozmawiać o wszystkim: o książkach, o podróżach, o dzieciach, których jeszcze nie mieliśmy.

Pamiętam pierwszą noc na tej sofie. Był listopad, za oknem padał deszcz, a my piliśmy herbatę z imbirem i śmialiśmy się z własnych marzeń. Marek opowiadał o tym, jak kiedyś kupimy dom pod Warszawą, ja mówiłam o ogrodzie pełnym róż. Wtedy wierzyłam, że wszystko jest możliwe.

Teraz nasza sofa stała się polem bitwy. Każdy wieczór kończył się kłótnią albo milczeniem. Marek coraz częściej wracał późno, tłumacząc się spotkaniami służbowymi. Ja coraz częściej zasypiałam sama, tuląc poduszkę zamiast niego.

– Może powinniśmy porozmawiać – powiedziałam pewnego wieczoru, kiedy usiadł obok mnie z laptopem na kolanach.

– O czym? – nawet nie spojrzał w moją stronę.

– O nas. O tym, co się z nami dzieje.

Zamknął laptopa z irytacją. – Znowu zaczynasz? Anka, wszystko jest w porządku. Po prostu mamy trudniejszy okres.

– Marek… ja już nie wiem, czy my jeszcze jesteśmy razem. Czuję się jak mebel w tym mieszkaniu.

Spojrzał na mnie zaskoczony i chyba trochę przestraszony. – Nie przesadzaj. Kocham cię przecież.

Ale czy to wystarczało? Czy samo „kocham cię” mogło uleczyć pęknięcia, które pojawiły się między nami?

Wszystko zaczęło się psuć po śmierci mojej mamy. Marek nie rozumiał mojego żalu. Chciał, żebym szybko wróciła do normalności. – Życie toczy się dalej – powtarzał. Ale dla mnie świat stanął w miejscu. Potrzebowałam wsparcia, czułości, rozmowy. On dawał mi tylko ciszę.

Wtedy pojawiła się jego matka – teściowa idealna tylko na pokaz. Zawsze krytyczna, zawsze niezadowolona. – Aniu, może powinnaś pomyśleć o zmianie pracy? Nauczycielka to nie zawód dla kobiety z ambicjami – mówiła przy każdej okazji.

Marek nigdy mnie nie bronił. Milczał albo zmieniał temat.

Pewnej soboty usiedliśmy wszyscy razem na sofie „Marzenie”. Teściowa przyniosła ciasto i zaczęła opowiadać o znajomej synowej prawniczce. – Wiesz, Aniu, ona już ma trójkę dzieci i świetnie sobie radzi w kancelarii…

Zacisnęłam dłonie na filiżance tak mocno, że aż pobielały mi knykcie.

– Mamo, wystarczy – powiedział wtedy Marek cicho.

Spojrzałam na niego z nadzieją. Ale on tylko spuścił wzrok i już więcej się nie odezwał.

Po tej wizycie długo płakałam na naszej sofie. Czułam się przegrana, niewystarczająca. Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych, zamykałam się w sobie coraz bardziej.

W pracy też nie było łatwo. Dzieciaki coraz trudniejsze, dyrektorka wymagająca i wiecznie niezadowolona z moich pomysłów na lekcje. Koleżanki plotkowały o moim małżeństwie – wiedziały więcej niż ja sama.

Jedyną osobą, która mnie rozumiała, była Basia – moja przyjaciółka jeszcze z liceum.

– Anka, musisz coś zmienić – mówiła mi podczas naszych spotkań przy kawie w małej kawiarni na Mokotowie. – Nie możesz tak żyć dla innych.

– Ale jak? Przecież kocham Marka…

– A on ciebie? Czy tylko przyzwyczaił się do twojej obecności?

To pytanie bolało najbardziej.

Któregoś dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Marek siedział na sofie z telefonem przy uchu.

– Tak, kochanie… Nie mogę teraz rozmawiać… Tak… Ja też tęsknię…

Stanęłam w drzwiach salonu jak sparaliżowana.

– Kto to był? – zapytałam lodowatym głosem.

Zbladł i spuścił wzrok. – To tylko koleżanka z pracy…

Nie uwierzyłam mu ani przez chwilę.

Od tamtej pory coś we mnie pękło na dobre. Przestałam walczyć o nasz związek. Przestałam wierzyć w nasze marzenia.

Sofa „Marzenie” stała się moją wyspą samotności. Każdego wieczoru siadałam na niej z kubkiem herbaty i patrzyłam na nasze wspólne zdjęcia na ścianie. Zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy mogłam zrobić coś inaczej?

Pewnego dnia spakowałam walizkę i wyszłam z mieszkania bez słowa. Marek nawet nie próbował mnie zatrzymać.

Zamieszkałam u Basi przez kilka tygodni. Powoli uczyłam się żyć na nowo – bez Marka, bez naszej sofy „Marzenie”, bez złudzeń.

Czasem myślę o tamtym mieszkaniu i o tej sofie. Czy ktoś teraz na niej siedzi? Czy Marek znalazł szczęście?

A może to ja powinnam była zawalczyć mocniej? Może powinnam była wybaczyć?

Dziś wiem jedno: miłość to nie tylko wspólne marzenia i piękne chwile na nowej sofie. To codzienna walka o siebie nawzajem – nawet wtedy, gdy świat wokół się zmienia.

Czy można ocalić miłość, gdy wszystko inne się rozpada? Czy warto próbować jeszcze raz? Czekam na wasze historie…