Nieoczekiwana wizyta i sekret, który rozdarł rodzinę

Drzwi otworzyły się gwałtownie, zanim zdążyłam zapukać drugi raz. Stałam na wycieraczce z torbą pełną domowych pierogów i sercem bijącym szybciej niż zwykle. Zawsze powtarzałam sobie, że nie wolno nachodzić Zosi bez zapowiedzi, ale tego dnia coś mnie tknęło. Może matczyna intuicja? Może zwykła tęsknota za wnukami?

Zosia spojrzała na mnie zaskoczona, niemal przestraszona. „Mamo? Co ty tu robisz?” – jej głos był cichy, jakby bała się, że ktoś nas usłyszy. W mieszkaniu panował dziwny półmrok, a zza drzwi sypialni dobiegał stłumiony płacz.

– Przyjechałam zobaczyć się z wami. Przecież mówiłaś, że Michał dziś w pracy, a dzieci mają wolne – próbowałam się uśmiechnąć, ale coś w jej oczach sprawiło, że poczułam niepokój.

– Mamo, to nie jest dobry moment… – zaczęła, ale już byłam w środku. Zawsze byłam uparta.

W salonie siedziała mała Hania, skulona na kanapie z podkrążonymi oczami. Obok niej leżał rozbity kubek i rozlane kakao. „Babciu…” – wyszeptała, a ja poczułam ukłucie w sercu. Coś było nie tak. Gdzie był Staś? Dlaczego Zosia wyglądała na wyczerpaną?

– Co się tu dzieje? – zapytałam ostrożnie.

Zosia spuściła wzrok. – Michał… wyjechał na kilka dni. Miał delegację – powiedziała szybko, zbyt szybko.

– A Staś?

– U kolegi na nocowaniu.

Nie uwierzyłam jej ani przez chwilę. Znałam swoją córkę lepiej niż ona sama siebie. Przez lata była moją dumą – zdolna, ambitna, zawsze uśmiechnięta. Ale od jakiegoś czasu coś się zmieniło. Coraz rzadziej dzwoniła, unikała spotkań rodzinnych. Tłumaczyła się pracą i obowiązkami przy dzieciach.

Usiadłam obok Hani i przytuliłam ją mocno. Dziewczynka drżała. „Babciu, mama płakała w nocy” – szepnęła mi do ucha. Poczułam zimny dreszcz na plecach.

– Zosiu, co się dzieje? – spytałam stanowczo.

Cisza trwała wieczność. W końcu Zosia usiadła naprzeciwko mnie i zaczęła mówić cicho, prawie bezgłośnie:

– Michał mnie zostawił. Wyprowadził się dwa tygodnie temu do tej… tej swojej koleżanki z pracy. Nie chciałam ci mówić, mamo. Nie chciałam nikogo martwić.

Świat zawirował mi przed oczami. Michał? Ten sam Michał, który zawsze całował ją w czoło na pożegnanie? Który budował dom własnymi rękami? Który był wzorem dla Stasia?

– Dlaczego nic nie powiedziałaś? – spytałam z wyrzutem.

– Bo bałam się twojej reakcji! Bałam się, że powiesz: „A nie mówiłam? Po co tak wcześnie wychodzić za mąż?” Bałam się twojego rozczarowania.

Poczułam się winna. Przez lata powtarzałam jej, że rodzina to świętość. Że trzeba walczyć o małżeństwo za wszelką cenę. Czy to przez moje słowa teraz cierpiała w samotności?

Przez następne godziny siedziałyśmy razem na kanapie. Hania zasnęła wtulona we mnie, a Zosia opowiadała o wszystkim: o kłótniach, o cichych łzach w łazience, o tym jak Michał coraz częściej wracał późno i coraz rzadziej patrzył jej w oczy.

– Myślałam, że to moja wina – powiedziała nagle. – Że jestem za mało atrakcyjna, za bardzo zmęczona dziećmi… Ale potem zobaczyłam ich razem pod biurem. Trzymali się za ręce.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam ją przytulić i jednocześnie krzyczeć na cały świat z bezsilności.

Wieczorem zadzwonił mój mąż, Andrzej:

– Jak tam u Zosi?

Zawahałam się przez chwilę.

– Wszystko dobrze – skłamałam.

Nie mogłam mu powiedzieć prawdy. Andrzej zawsze był surowy wobec Michała. Gdyby dowiedział się o zdradzie zięcia, pewnie pojechałby do niego z pięściami.

Następnego dnia rano obudził mnie szelest papierów w kuchni. Zosia siedziała przy stole z dokumentami rozwodowymi i płakała cicho.

– Nie wiem, czy dam radę sama – wyszeptała.

– Dasz radę – odpowiedziałam stanowczo, choć sama nie byłam tego pewna.

Przez kolejne dni pomagałam jej ogarnąć codzienność: zakupy, odrabianie lekcji z Hanią i Stasiem (który wrócił smutny i zamknięty w sobie), rozmowy z nauczycielami. Widziałam jak bardzo Zosia walczy ze sobą każdego dnia – dla dzieci udaje silną, ale nocami słyszałam jej cichy szloch przez ścianę.

Któregoś wieczoru Staś podszedł do mnie i zapytał:

– Babciu, czy tata już nas nie kocha?

Zabrakło mi słów. Przytuliłam go mocno i powiedziałam tylko:

– Tata zawsze będzie twoim tatą. Ale czasem dorośli popełniają błędy.

Wiedziałam jednak, że te słowa nie ukoią jego bólu.

Po tygodniu musiałam wracać do domu. Zosia odprowadziła mnie na dworzec. Stałyśmy na peronie w milczeniu.

– Mamo… przepraszam, że ci nie powiedziałam wcześniej – wyszeptała.

– Najważniejsze, że teraz jesteśmy razem – odpowiedziałam i przytuliłam ją mocno.

W pociągu długo patrzyłam przez okno na przesuwające się pola i lasy. Myślałam o tym, jak łatwo można stracić wszystko, co wydawało się pewne jak amen w pacierzu. O tym, jak bardzo nasze dzieci potrzebują nas właśnie wtedy, gdy najbardziej się od nas oddalają.

Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była wcześniej zauważyć sygnały? A może czasem trzeba po prostu być – nawet jeśli nie potrafimy naprawić całego świata?