Między miłością a rozpaczą: Historia Lucii
– Lucia, proszę cię, zrozum mnie… Ja po prostu nie jestem gotowy na ślub – głos Martina drżał, choć próbował brzmieć stanowczo. Jego matka, pani Barbara, siedziała obok niego na kanapie, z założonymi rękami i wyrazem twarzy, który mówił wszystko: „Nie licz na nas”.
Patrzyłam na nich z niedowierzaniem. W mojej głowie kłębiły się myśli, a serce waliło jak oszalałe. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu planowaliśmy wspólne życie, rozmawialiśmy o dzieciach, o domu z ogródkiem pod Warszawą. Teraz byłam w piątym miesiącu ciąży i czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek.
– Martin, ale… przecież to nasze dziecko. Myślałam, że chcesz być rodziną – wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu.
Pani Barbara westchnęła głośno.
– Lucia, nie dramatyzuj. Dziecko to nie powód do ślubu. Martin ma dopiero dwadzieścia siedem lat, całe życie przed nim. Nie będziemy go zmuszać do decyzji, których potem będzie żałował.
Zacisnęłam dłonie na brzuchu. Czułam się jak intruz w ich domu, choć tyle razy gotowałam tu obiadki, śmiałam się z ich żartów przy stole. Teraz wszystko się zmieniło.
Wtedy do salonu wszedł pan Andrzej, ojciec Martina. Spojrzał na mnie uważnie, potem na syna i żonę.
– Co tu się dzieje? – zapytał spokojnie, ale stanowczo.
– Nic takiego, tato – mruknął Martin, unikając jego wzroku.
Pan Andrzej podszedł do mnie i położył mi rękę na ramieniu.
– Lucia, nie martw się. Jesteś tu zawsze mile widziana. I pamiętaj – dodał patrząc synowi prosto w oczy – za swoje decyzje trzeba brać odpowiedzialność.
Poczułam ulgę i wdzięczność. Przynajmniej ktoś mnie rozumiał. Ale wiedziałam też, że to nie rozwiązuje mojego problemu.
Wieczorem wróciłam do swojego mieszkania na Pradze. Siedziałam na łóżku i gapiłam się w ścianę. Telefon milczał. Mama dzwoniła wcześniej, ale nie miałam siły odbierać. Bałam się jej powiedzieć prawdę – że Martin nie chce ślubu, że jestem sama z tym wszystkim.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie przyjaciółka, Kasia.
– Lucia, musisz coś zrobić. Nie możesz tak po prostu czekać aż on się zdecyduje! – mówiła z pasją w głosie.
– Ale co mam zrobić? – zapytałam bezradnie. – Nie chcę go zmuszać…
– A siebie chcesz zmuszać do życia w zawieszeniu? Pomyśl o sobie i o dziecku!
Kasia miała rację. Ale jak miałam podjąć decyzję? Kochałam Martina. Wierzyłam, że kiedy zobaczy nasze dziecko, wszystko się zmieni.
Tymczasem mijały tygodnie. Martin dzwonił coraz rzadziej. Czasem wpadał na chwilę, przynosił owoce albo pytał o badania. Ale unikał rozmów o przyszłości.
W końcu zebrałam się na odwagę i pojechałam do moich rodziców do Radomia. Mama otworzyła drzwi i od razu wiedziała, że coś jest nie tak.
– Córeczko… co się dzieje?
Usiadłyśmy w kuchni przy herbacie z malinami. Opowiedziałam jej wszystko – o ciąży, o Martinie, o jego matce.
Mama słuchała w milczeniu, a potem przytuliła mnie mocno.
– Lucia, jesteś silniejsza niż myślisz. Poradzisz sobie. A jeśli Martin nie chce być częścią waszego życia… to jego strata.
Tata przyszedł później i długo milczał. W końcu powiedział:
– Zawsze możesz wrócić do domu. Pomożemy ci wychować wnuka czy wnuczkę. Ale decyzja należy do ciebie.
Te słowa były jak plaster na ranę. Wiedziałam już, że nie jestem sama.
Wróciłam do Warszawy z nową energią. Zaczęłam chodzić na zajęcia dla przyszłych mam, poznałam inne kobiety w podobnej sytuacji. Jedna z nich, Ania, była samotną matką od dwóch lat.
– Najtrudniejsze są noce – powiedziała mi kiedyś podczas spaceru po parku Skaryszewskim. – Ale rano budzisz się i widzisz swoje dziecko… i wszystko ma sens.
Czułam coraz większą siłę w sobie. Zaczęłam planować pokój dla maluszka, kupiłam pierwsze ubranka. Przestałam czekać na telefon od Martina.
Aż pewnego dnia zadzwonił pan Andrzej.
– Lucia, mogę cię odwiedzić?
Przyszedł z bukietem tulipanów i torbą pełną dziecięcych rzeczy.
– Wiem, że mój syn zachowuje się jak tchórz – powiedział szczerze. – Ale ja chcę być dziadkiem dla twojego dziecka. Jeśli pozwolisz…
Popłakałam się ze wzruszenia. To był pierwszy raz od miesięcy, kiedy poczułam prawdziwą radość.
Kilka tygodni później urodziła się Zosia. Mała była podobna do Martina – te same oczy, ten sam uśmiech. Pan Andrzej był przy mnie w szpitalu. Martin przyszedł dopiero po dwóch dniach.
Patrzył na córkę długo w milczeniu.
– Nie wiem czy potrafię być ojcem – powiedział cicho.
– Nikt nie wie – odpowiedziałam spokojnie. – Ale możesz spróbować.
Od tamtej pory widywał Zosię raz w tygodniu. Nie byliśmy razem, ale zaczęliśmy rozmawiać normalnie. Pani Barbara nigdy nie przyszła zobaczyć wnuczki.
Czasem nocami zastanawiam się: czy powinnam była walczyć bardziej o naszą rodzinę? Czy lepiej było odejść wcześniej? Ale patrząc na Zosię wiem jedno: ona jest moim szczęściem i moją siłą.
Czy naprawdę trzeba mieć pełną rodzinę według tradycyjnych wzorców, żeby być szczęśliwym? A może najważniejsze to mieć odwagę żyć po swojemu?