Urodziny bez Zaproszenia: Opowieść Niewidzialnej Matki
— Mamo, nie przychodź dzisiaj. Tata powiedział, że to nie jest dobry pomysł. — Głos Julii był cichy, jakby bała się, że ktoś ją usłyszy. Siedziałam na brzegu łóżka, ściskając w dłoniach prezent — książkę, którą wybrałam dla niej miesiąc temu. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W moim sercu rozlał się lodowaty strach. To były jej osiemnaste urodziny.
Wiedziałam, że nie jestem już częścią jej świata. Od rozwodu z Markiem minęły cztery lata, ale rany wciąż były świeże. On miał nową rodzinę, nową żonę i dom na obrzeżach Warszawy. Ja zostałam w naszym starym mieszkaniu na Pradze, z pustką po Julii, która coraz rzadziej do mnie dzwoniła.
— Kochanie… — zaczęłam, ale ona już się rozłączyła. Siedziałam tak jeszcze długo, patrząc na telefon, jakby miał mi wyjaśnić, co zrobiłam źle. Przez okno wpadało blade światło styczniowego popołudnia. Na stole stał tort, który upiekłam rano — jej ulubiony, czekoladowy z wiśniami. W kuchni pachniało dzieciństwem.
Przypomniałam sobie, jak kiedyś świętowaliśmy razem. Julia biegała po mieszkaniu w różowej sukience, a Marek śmiał się i robił zdjęcia. Byliśmy rodziną. Potem wszystko się rozpadło — kłótnie o pieniądze, o czas spędzany z dzieckiem, o to, kto jest lepszym rodzicem. Sąd przyznał opiekę naprzemienną, ale Julia coraz częściej wybierała ojca. Może dlatego, że u niego było spokojniej? Może dlatego, że ja byłam wiecznie zmęczona po pracy w szkole?
Telefon zadzwonił ponownie. To była moja mama.
— Iza, nie możesz tak tego zostawić — powiedziała stanowczo. — Jedź tam, pokaż Julii, że ci zależy.
— Mamo, ona nie chce mnie widzieć — wyszeptałam.
— Bo Marek ją nastawia przeciwko tobie! Zawsze był manipulantem!
Zacisnęłam powieki. Wiedziałam, że mama ma rację, ale nie miałam siły na kolejną walkę. Przez ostatnie lata każda rozmowa z Markiem kończyła się awanturą. On zarzucał mi egoizm i brak stabilności. Ja jemu — brak empatii i to, że zabiera mi córkę.
Wieczorem usiadłam przy stole i patrzyłam na tort. Zegar tykał głośniej niż zwykle. W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam Julii wiadomość: „Kocham cię. Zawsze będę tu na ciebie czekać.” Nie odpisała.
Następnego dnia w pracy byłam cieniem samej siebie. Dzieciaki w klasie pytały o urodziny mojej córki — przecież zawsze o niej opowiadałam. Uśmiechałam się sztucznie i mówiłam, że było pięknie. Po lekcjach poszłam do sklepu i przez długi czas stałam przed półką z winem, zastanawiając się, czy butelka pomoże mi zapomnieć.
Wieczorem zadzwoniła do mnie Ola — moja przyjaciółka jeszcze z liceum.
— Iza, musisz coś zrobić. Nie możesz pozwolić Markowi wygrać tej wojny.
— Ale ja już nie mam siły walczyć — odpowiedziałam cicho.
— To nie chodzi o walkę. Chodzi o Julkę. Ona cię potrzebuje, nawet jeśli teraz tego nie rozumie.
Poczułam łzy pod powiekami. Ola zawsze była silniejsza ode mnie. Miała dwójkę dzieci i męża, który ją wspierał. Ja miałam tylko siebie i wspomnienia.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie słyszałam słowa Julii: „Nie przychodź dzisiaj.” Czy naprawdę byłam tak złą matką? Czy mogłam coś zrobić inaczej? Przypomniałam sobie pierwszy dzień szkoły Julii — jak trzymała mnie za rękę i bała się wejść do klasy. Wtedy byłam jej całym światem.
Rano postanowiłam pojechać pod dom Marka. Stałam długo pod bramą, patrząc na okna salonu. Widziałam przez szybę sylwetkę Julii — śmiała się do kogoś niewidocznego dla mnie. Może do nowej żony Marka? Poczułam ukłucie zazdrości i żalu.
Nagle drzwi się otworzyły i wyszedł Marek.
— Czego tu chcesz? — zapytał chłodno.
— Chciałam tylko zobaczyć Julię — odpowiedziałam drżącym głosem.
— Ona nie chce cię widzieć. Daj jej spokój.
Patrzył na mnie z pogardą. Przez chwilę miałam ochotę krzyczeć, wykrzyczeć mu wszystko: ból samotności, strach przed utratą dziecka, poczucie winy i bezradność. Ale tylko spuściłam głowę i odeszłam.
Wróciłam do pustego mieszkania i usiadłam na podłodze w kuchni. Tort stał nietknięty na stole. Wzięłam widelec i zaczęłam jeść prosto z blachy, płacząc nad każdym kęsem.
Minęły tygodnie. Julia nie dzwoniła. W pracy starałam się być silna dla moich uczniów, ale wieczorami rozpadałam się na kawałki. Mama przyjeżdżała coraz rzadziej — mówiła, że nie może patrzeć na moje cierpienie.
Pewnego dnia znalazłam w skrzynce list od Julii. Krótkie zdanie: „Potrzebuję czasu.”
Nie wiem, czy kiedyś odzyskam córkę. Nie wiem nawet, czy jestem jeszcze jej matką w jej oczach. Ale każdego dnia budzę się z nadzieją, że miłość wystarczy — choćby tylko po to, by przetrwać kolejny dzień.
Czy można być matką dla kogoś, kto cię odrzuca? Czy miłość naprawdę jest silniejsza niż ból? Czasem myślę, że odpowiedzi nigdy nie znajdę.