Moja siostra nie chciała odejść od trumny taty. Myśleliśmy, że to żałoba… aż tej nocy wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko.

– Zosia, chodź już, proszę cię… – szepnęłam drżącym głosem, czując jak zimno przenika mnie do kości. Stała przy trumnie taty od kilku godzin, nie ruszając się nawet o krok. Miała osiem lat, a jej twarz była nieruchoma jak maska. Wszyscy szeptali, że to szok, że dzieci tak reagują na śmierć. Ale ja wiedziałam, że ona rozumie więcej niż ktokolwiek z dorosłych.

W sali pogrzebowej unosił się ciężki zapach lilii i wosku. Ludzie krążyli w ciszy, ściskali nam dłonie, rzucali puste słowa: „Trzymajcie się”, „Tata był dobrym człowiekiem”. Ale ja widziałam ich spojrzenia – pełne litości i czegoś jeszcze. Może podejrzeń? Może ulgi, że to nie ich rodzina rozpadła się na kawałki?

Mama siedziała w kącie, skulona jak ptak pod deszczem. Obok niej ciotka Basia, która od śmierci taty próbowała przejąć kontrolę nad wszystkim: nad pogrzebem, nad nami, nad naszym bólem. – Dzieci powinny już iść do domu – powtarzała co chwilę. – To nie miejsce dla nich.

Ale Zosia nie chciała odejść. Patrzyła na twarz taty tak intensywnie, jakby próbowała go przywrócić do życia samą siłą woli. Nie płakała. Nawet nie mrugała.

Gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić, podeszłam do niej i dotknęłam jej ramienia. – Zosiu… już czas.

Nie odpowiedziała. Dopiero gdy dwóch wujków delikatnie odciągnęło ją od trumny, pozwoliła się poprowadzić. Nie protestowała, tylko spojrzała na mnie wzrokiem tak pustym, że aż mnie zabolało.

Wróciliśmy do domu późno. Mama zamknęła się w sypialni z butelką wina. Ja miałam szesnaście lat i czułam się odpowiedzialna za wszystko: za mamę, za Zosię, za to, żeby nikt nie zobaczył jak bardzo się boję.

Zosia przyszła do mojego pokoju z poduszką i zdjęciem taty z pogrzebu. Położyła się obok mnie i przez długi czas leżałyśmy w ciszy. – Możesz płakać – szepnęłam jej do ucha. – To nic złego.

Nie odpowiedziała.

Obudziłam się po północy. Zosia zniknęła. W jej pokoju paliło się światło. Zbiegłam po schodach – drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Przez podwórko szłam boso po mokrej trawie, serce waliło mi jak młotem.

Na cmentarzu była jeszcze otwarta kaplica pogrzebowa – światło sączyło się przez szybę. Weszłam do środka i zamarłam.

Zosia leżała przy trumnie taty, z głową opartą o jego pierś. Miała otwarte oczy i szeptała coś cicho do jego marynarki.

Za trumną stała ciotka Basia. Jej ręce drżały tak mocno, że aż musiała je schować za plecami.

– Co ty tu robisz? – zapytałam ją ostro.

– Powinnam zapytać o to samo – odpowiedziała zimno.

Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. Potem ciotka podeszła do Zosi i chwyciła ją za ramię.

– Wracamy do domu – powiedziała stanowczo.

Zosia zaczęła płakać pierwszy raz od śmierci taty.

– Zostaw mnie! Tata jest zimny! On nie chce być sam!

Ciotka ścisnęła ją mocniej. Widziałam w jej oczach nie smutek, ale strach. Wyprowadziła Zosię z kaplicy niemal siłą. Ja szłam za nimi, próbując zrozumieć co tu się dzieje.

– Dlaczego się boisz? – zapytałam ciotkę już na podwórku.

– Przestań! Nic nie rozumiesz! – syknęła przez zaciśnięte zęby.

Ale zaczynałam rozumieć…

Następnego dnia nie poszłam do szkoły. Przeszukiwałam garaż taty, szukając czegokolwiek, co mogłoby mi wyjaśnić jego śmierć. Oficjalnie był to wypadek samochodowy – pęknięte hamulce na zakręcie pod lasem. Ale tata dwa dni wcześniej naprawiał auto u znajomego mechanika – znalazłam rachunek podpisany jego charakterystycznym pismem: „Wymiana całego układu hamulcowego”.

Gdy ciotka Basia wróciła po południu do domu i zobaczyła mnie z tym rachunkiem w ręku, pobladła.

– Skąd to masz? – wyszeptała.

– Było w garażu. Dlaczego nikomu nie powiedziałaś, że tata naprawił hamulce?

Nie odpowiedziała od razu. W końcu usiadła ciężko na krześle i zaczęła płakać.

– On chciał odejść… Chciał zabrać was obie i zacząć nowe życie bez nas wszystkich…

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem.

– Co ty zrobiłaś?

– Chciałam go tylko przestraszyć… Odkręciłam jedną śrubkę… Myślałam, że się wystraszy i zostanie…

Czułam jak krew odpływa mi z twarzy.

– Zabiłaś go…

Ciotka osunęła się na podłogę i zaczęła szlochać bezgłośnie.

W drzwiach stanęła Zosia. Trzymała zdjęcie taty i patrzyła na nas bez słowa.

Przez dwa dni dom był jak pole bitwy po burzy – cichy, napięty do granic możliwości. Mama niczego nie zauważyła; była pogrążona w swoim świecie rozpaczy i tabletek nasennych.

Wieczorem Zosia przyszła do mnie z pluszowym króliczkiem.

– Możemy pójść jeszcze raz do taty? – zapytała cicho.

– Po co?

Zastanowiła się chwilę.

– On mi coś powiedział tamtej nocy… Powiedział: „Chroń swoją siostrę”.

Patrzyłam na nią jak zahipnotyzowana.

– Co masz na myśli?

– Siedziałam wtedy na schodach do garażu… Słyszałam jak tata kłócił się z ciocią Basią. Krzyczał: „Nie dotykaj mojego samochodu!”. Widziałam jak ona coś przekręca pod maską…

Zamarłam.

– Dlaczego nic nie powiedziałaś?

– Bo ona powiedziała, że jeśli powiem, to już nigdy cię nie zobaczę…

Coś we mnie pękło. Moja mała siostra przez cały ten czas próbowała nas chronić przed prawdą i przed dorosłymi.

Rano podjęłam decyzję. Gdy ciotka Basia zeszła na śniadanie blada i zapuchnięta od płaczu, wręczyłam jej kartkę: rachunek z warsztatu i rysunek Zosi – samochód, kobieta z kluczem francuskim i dziewczynka płacząca w kącie.

– Musisz to przeczytać – powiedziałam spokojnie.

Patrzyła długo na kartkę, potem wyszeptała:

– Pójdziesz na policję?

– Tak. Ale możesz pójść z nami i opowiedzieć wszystko sama…

Pokiwała głową i rozpłakała się jeszcze mocniej.

Godzinę później sama zgłosiła się na komisariat.

Zosia i ja zamieszkałyśmy u cioci Ewy w małym miasteczku pod Toruniem. Czasem słyszę jak Zosia zasypiając szepcze coś do zdjęcia taty – urywki wspomnień albo snów. Ale częściej się uśmiecha.

Wieczorami stoję pod jej drzwiami i myślę o tym, co tata jej powiedział: „Chroń swoją siostrę”.

Może to ona chroni nas wszystkich? Czy można wybaczyć komuś taką winę? Czy prawda zawsze przynosi ulgę?