Nigdy nie byłam wystarczająca dla Michała: Prawda o miłości i polskich podziałach
– Nie rozumiesz, Zosiu, oni nigdy mnie nie zaakceptują – powiedziałam przez łzy do mojej młodszej siostry, kiedy wróciłam z kolejnej kolacji u rodziców Michała. Siedziałyśmy w naszej ciasnej kuchni na warszawskiej Pradze, gdzie zapach smażonej cebuli mieszał się z wilgocią starych murów. Zosia patrzyła na mnie z troską, ale i bezsilnością. Wiedziała, że od miesięcy żyję w ciągłym napięciu.
Pierwszy raz weszłam do domu Michała w listopadzie. Było zimno, śnieg topniał na chodnikach, a ja miałam na sobie tani płaszcz z lumpeksu. Jego matka, pani Grażyna, spojrzała na mnie jak na kogoś, kto przyszedł prosić o jałmużnę. – Michałku, herbaty? – zapytała syna, zupełnie mnie ignorując. Ojciec Michała, pan Andrzej, nawet nie oderwał wzroku od telewizora. Tylko młodsza siostra Michała, Julia, uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.
Michał był inny. Czuły, troskliwy, zawsze powtarzał, że to ja jestem dla niego najważniejsza. Poznaliśmy się na uczelni – on studiował prawo na UW, ja pedagogikę na Akademii Pedagogiki Specjalnej. Od początku wiedziałam, że pochodzimy z różnych światów. On – syn lekarza i nauczycielki z willi na Żoliborzu; ja – córka sprzątaczki i kierowcy autobusu. Ale zakochaliśmy się w sobie bez pamięci.
Z czasem jednak różnice zaczęły boleć coraz bardziej. Pamiętam Wigilię u Michała. Siedziałam przy stole, słuchając rozmów o egzotycznych wakacjach i nowych samochodach. Kiedy zapytałam o plany na Sylwestra, pani Grażyna rzuciła: – Myślę, że w tym roku powinniśmy spędzić go w gronie rodzinnym. Spojrzała na mnie wymownie.
Po powrocie do domu wybuchłam płaczem. Mama próbowała mnie pocieszać: – Kochanie, jeśli on cię kocha, to rodzina nie ma znaczenia. Ale ja wiedziałam, że to nieprawda. Każde spotkanie z jego rodzicami było jak egzamin, którego nigdy nie mogłam zdać.
Najgorsze przyszło wiosną. Michał zaprosił mnie na rodzinny obiad z okazji urodzin ojca. Kupiłam nową sukienkę na raty i przez godzinę ćwiczyłam przed lustrem uprzejmy uśmiech. Gdy tylko weszliśmy do salonu, pani Grażyna powiedziała: – O, Nikola przyszła! – pomyliła moje imię już trzeci raz. – Może podasz sałatkę? – dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Podczas obiadu pan Andrzej zaczął rozmowę o polityce i podatkach. – Wiesz, Nikola – zwrócił się do mnie celowo przekręcając imię – wykształcenie to jedno, ale liczą się też kontakty i tradycja rodzinna. Michał zawsze był ambitny…
Michał ścisnął moją dłoń pod stołem. Widziałam w jego oczach bezradność i wstyd. Po obiedzie próbował mnie pocieszać: – Przepraszam za nich. Kocham cię i to się liczy.
Ale z każdym tygodniem czułam się coraz bardziej obca w jego świecie. Gdy Michał dostał propozycję pracy w kancelarii znajomego ojca, zaczęły się rozmowy o wspólnej przyszłości. – Może wynajmiemy mieszkanie bliżej moich rodziców? – zaproponował pewnego wieczoru. Zamarłam.
– A co z moją rodziną? Z moją pracą? – zapytałam cicho.
– Przecież twoja mama i tak nie ma czasu…
Zaczęliśmy się kłócić coraz częściej. O pieniądze, o plany na przyszłość, o to, gdzie spędzać święta. Michał próbował pogodzić dwa światy, ale coraz częściej miałam wrażenie, że wybiera ich.
Pewnego dnia wróciłam do domu i zobaczyłam mamę płaczącą przy stole. Okazało się, że straciła pracę w szkole przez redukcję etatów. Musiałam podjąć dodatkowe godziny korepetycji, żeby pomóc jej spłacać kredyt za mieszkanie.
Michał nie rozumiał mojej sytuacji. – Przecież możesz znaleźć lepszą pracę – mówił zirytowany. – Nie musisz się tak poświęcać.
– Nie każdy ma ojca lekarza i matkę nauczycielkę! – wykrzyczałam mu w twarz.
Zaczęliśmy się oddalać od siebie. On coraz częściej wychodził z kolegami z pracy; ja wieczorami płakałam w poduszkę.
W czerwcu Julia zadzwoniła do mnie niespodziewanie.
– Michalina…
– Michalina! – poprawiłam ją automatycznie.
– Przepraszam… Chciałam tylko powiedzieć… Mama mówiła dziś rano, że Michał powinien znaleźć sobie „kogoś na swoim poziomie”. Przepraszam cię za nią.
Po tej rozmowie długo siedziałam na ławce przed blokiem i patrzyłam na dzieci bawiące się na podwórku. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: nigdy nie będę dla nich wystarczająca.
Kilka dni później spotkałam się z Michałem w naszej ulubionej kawiarni na Powiślu.
– Musimy porozmawiać – zaczęłam drżącym głosem.
– Wiem…
Nie płakaliśmy. Po prostu patrzyliśmy na siebie długo i milczeliśmy. Wiedzieliśmy oboje, że nasza miłość nie wystarczyła.
Dziś mijają dwa lata od tamtego dnia. Pracuję jako nauczycielka w podstawówce na Pradze. Pomagam mamie i Zosi spełniać marzenia o lepszym życiu. Czasem widuję Michała na ulicy – zawsze elegancki, pewny siebie, z nową dziewczyną u boku.
Czy żałuję? Czasem tak. Ale wiem jedno: nie chcę już nigdy udawać kogoś innego dla czyjejś akceptacji.
Czy naprawdę musimy rezygnować z siebie dla miłości? Czy warto walczyć o kogoś, kto nigdy nie stanie po naszej stronie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?