Nigdy nie sądziłam, że będę musiała udawać martwą, by przeżyć – Moja walka z przemocą domową w polskiej rodzinie
„Nie ruszaj się, Anka. Nawet nie próbuj!” – głos Marka odbijał się echem od ścian naszej małej kuchni. Czułam, jak zimne kafelki wbijają mi się w policzek, a krew sączy się z rozciętej wargi. W powietrzu unosił się zapach rozlanego barszczu i taniego piwa. Przez chwilę naprawdę myślałam, że to już koniec. Że tym razem nie wstanę. Marek stał nade mną, dysząc ciężko, z pięściami jeszcze zaciśniętymi. „Zawsze wszystko psujesz! Nawet obiadu nie potrafisz ugotować!” – wrzeszczał, a ja czułam, jak łzy mieszają się z krwią.
To nie był pierwszy raz. Ale nigdy wcześniej nie udawałam martwej. Tym razem coś we mnie pękło – może to była nadzieja, że jeszcze kiedyś będzie lepiej. Leżałam bez ruchu, oddychając płytko, modląc się w duchu, żeby uwierzył. Żeby wyszedł. Żeby dał mi szansę.
Marek był moim mężem od trzydziestu czterech lat. Poznaliśmy się na zabawie wiejskiej pod Radomiem – wtedy wydawał się czuły, opiekuńczy, taki „swój chłop”. Miałam dziewiętnaście lat i marzyłam o wielkiej miłości. On miał dwadzieścia dwa i już wtedy potrafił wypić więcej niż wszyscy koledzy razem wzięci. Ale wtedy to była tylko zabawa. Potem przyszły dzieci – Kasia i Tomek. Przez chwilę było dobrze. Przez chwilę wierzyłam, że rodzina to wszystko.
Pierwszy raz uderzył mnie po narodzinach Tomka. „Za dużo płacze, nie umiesz go uspokoić!” – krzyczał wtedy. Przepraszał potem, przynosił kwiaty z bazarku, obiecywał poprawę. I ja wierzyłam. Bo przecież rodzina… Bo przecież dzieci…
Z biegiem lat było coraz gorzej. Marek pił coraz więcej, tracił pracę za pracą – najpierw w zakładzie mięsnym, potem na budowie. Ja pracowałam w szkole jako woźna, żeby jakoś wiązać koniec z końcem. Dzieci dorastały w cieniu jego krzyków i moich łez. Kasia wyprowadziła się zaraz po maturze do Warszawy i od tamtej pory rzadko dzwoniła. Tomek został dłużej – próbował bronić mnie przed ojcem, ale sam zaczął popijać i coraz częściej znikał na całe noce.
Tamtego marcowego wieczoru Marek wrócił wcześniej niż zwykle. Był już pijany. Zaczęło się od awantury o rachunki – „Gdzie są pieniądze?! Znowu wszystko wydałaś na głupoty!” – potem poszło już lawinowo: wyzwiska, popychanie, aż w końcu cios pięścią w twarz. Upadłam na podłogę i wtedy poczułam, że muszę coś zrobić. Że jeśli teraz nie zniknę – choćby na chwilę – to naprawdę mnie zabije.
Leżałam bez ruchu, słysząc jak Marek przeklina pod nosem i szuka czegoś w szafkach. W końcu trzasnęły drzwi wejściowe. Czekałam jeszcze kilka minut, zanim odważyłam się podnieść. Ręce mi drżały, serce waliło jak oszalałe. Spojrzałam w lustro – opuchnięta twarz, rozmazany makijaż, krew na brodzie.
Wtedy podjęłam decyzję: uciekam.
Spakowałam do starej torby kilka rzeczy – dokumenty, trochę ubrań, zdjęcie dzieci sprzed lat. Wyszłam tylnymi drzwiami, przez ogródek pełen błota po zimie. Szłam przed siebie, nie oglądając się za siebie ani razu.
Noc spędziłam na klatce schodowej u sąsiadki – pani Zosi, która zawsze częstowała mnie herbatą i pytała szeptem: „Anka, wszystko dobrze?”. Tym razem odpowiedziałam prawdę. Pani Zosia zadzwoniła po policję.
Na komisariacie czułam się jak przestępca. Policjant patrzył na mnie z politowaniem: „A czemu pani tyle lat wytrzymywała? Przecież mogła pani wcześniej zgłosić”. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Może dlatego, że bałam się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej? Może dlatego, że wstydziłam się przyznać do porażki? Może dlatego, że przez lata słyszałam od wszystkich: „Wytrzymaj dla dzieci”, „Facet czasem musi odreagować”, „Rodzina to świętość”.
Przez kilka tygodni mieszkałam w ośrodku dla ofiar przemocy domowej. Tam poznałam inne kobiety – każda miała swoją historię, każda płakała nocami do poduszki. Byłyśmy dla siebie wsparciem i lustrem: widziałam w nich własny strach i własną nadzieję.
Kasia przyjechała po miesiącu. Płakała długo w moich ramionach: „Mamo, przepraszam… Nie wiedziałam…”. Tomek nie odezwał się ani razu.
Rozwód był długi i bolesny – Marek groził mi przez telefon, nachodził pod ośrodkiem, wysyłał listy pełne nienawiści. Ale ja już wiedziałam: nie wrócę tam nigdy więcej.
Dziś mieszkam sama w małym mieszkaniu komunalnym na obrzeżach miasta. Pracuję dalej jako woźna – dzieciaki ze szkoły czasem pytają mnie o blizny na rękach. Odpowiadam im: „To pamiątki po walce o siebie”.
Często myślę o tym marcowym wieczorze – o tym, jak blisko byłam śmierci i jak bardzo chciałam żyć.
Czy musiałam udawać martwą, żeby ktoś mi uwierzył? Czy naprawdę w Polsce kobieta musi być ofiarą do końca? A może czas zacząć mówić głośno o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami naszych domów?