Nie zdążyłam powiedzieć mamie, że jestem w ciąży. A potem mój pies wciągnął mnie w krew na klatce schodowej i już nie było odwrotu
Roki wgryzł mi się w rękaw kurtki i szarpał, jakby chciał wyrwać mnie z własnej skóry. Na klatce schodowej, w żółtym świetle jarzeniówki, zobaczyłam ślad krwi ciągnący się po zimnych płytkach aż do drzwi sąsiadów z czwartego piętra. Mróz wlazł przez niedomknięte okno na półpiętrze i pachniało metalem oraz mokrym betonem. Roki warczał nisko, a ja stałam boso, z telefonem w dłoni, nie wiedząc, czy dzwonić na policję, czy uciekać.
To był ten moment, w którym moje życie przestało być „jakoś” i zrobiło się „albo–albo”. A ja od miesięcy żyłam na autopilocie, w depresji tak cichej, że nikt jej nie słyszał. Nawet ja.
Mieszkałam w Łodzi, na Retkini, w bloku, który zawsze pachniał kapustą z obiadu i tanim dymem z papierosów. Po rozwodzie zostało mi mieszkanie po babci i cisza, która miała leczyć, a tylko pogłębiała dziurę w środku. Pracowałam w call center, zmiany do późna, słuchawka przyklejona do ucha. „Dzień dobry, w czym mogę pomóc?” powtarzałam jak modlitwę, choć sama nie umiałam już pomóc sobie.
Ojciec zmarł dwa lata wcześniej. Zawał, w nocy, bez słów pożegnania. Mama, Helena, została sama w Pabianicach i próbowała udawać twardą. Ja też udawałam. Tylko że u mnie udawanie kończyło się tym, że nie wstawałam z łóżka w weekendy. Leżałam, wdychałam zapach starej pościeli, trochę proszku do prania, trochę stęchlizny, i liczyłam pęknięcia na suficie.
Rokiego nie planowałam. Wzięłam go ze schroniska w Czartkach w dzień, kiedy w pracy usłyszałam, że „jak się nie ogarniam, to są inni chętni”. Wyszłam wtedy na przerwę, padał mokry śnieg z deszczem, a wiatr wciskał mi się pod kołnierz. Pomyślałam, że skoro i tak jestem nikomu niepotrzebna, to przynajmniej mogę być potrzebna komuś, kto nie będzie oczekiwał ode mnie uśmiechu.
W schronisku uderzył mnie zapach amoniaku, mokrej sierści i karmy. Klatki, szczekanie, metaliczny brzęk misek. Roki siedział z tyłu boksu, nie skakał jak inne psy. Był średni, szorstkowłosy, z krzywym uchem i łapą, która lekko utykała. Miał brązową sierść, jakby ktoś go posypał cynamonem. Kiedy podeszłam, nie polizał mi dłoni. Po prostu przyłożył pysk do krat i oddychał szybko, ciepłym powietrzem, które parowało. Jakby sprawdzał, czy jestem prawdziwa.
Pierwsza decyzja, której nie da się cofnąć, wydarzyła się w drodze powrotnej. Zamiast pojechać do domu, skręciłam do weterynarza na Wyszyńskiego. Nie było mnie na to stać. Miałam na koncie czterysta złotych do pierwszego. Ale Roki miał stan zapalny ucha i starte pazury od betonu. Weterynarz, doktor Kaczmarek, mówił spokojnie, a ja czułam się jak złodziejka, bo kupowałam mu leki na kredyt.
Od tamtej pory moje dni zaczęły się od obowiązku. Nie od sensu, tylko od obowiązku. Roki budził mnie o szóstej, stukał pazurem o panel, a potem kładł mi łeb na nadgarstku. Ciężki, ciepły, pewny. Czasem czułam, jak jego serce bije przez skórę, kiedy przytulał się bokiem do mojej nogi. Wstawałam z wściekłością. Że muszę. Że nie mogę już leżeć i znikać.
Na spacerach było zimno, a powietrze pachniało spalinami i wilgotnymi liśćmi. Na osiedlu wiatr szarpał reklamówki na krzakach, a w kałużach odbijały się szare balkony. Roki ciągnął do każdego skrawka trawy, wąchał uparcie, jakby szukał mapy świata w zapachach. Ja szłam za nim, w dresie i kurtce, z twarzą bez wyrazu.
Z czasem zaczęłam go dotykać inaczej. Nie tylko przypinać smycz. Czasem siadałam na ławce i drapałam go po karku, aż przymykał oczy. Jego sierść była szorstka, ale pod palcami czułam miękką warstwę podszerstka. Kiedy wracaliśmy do domu, ocierał się o moje kolano i zostawiał na spodniach drobne włoski. Drobny dowód, że coś tu żyje.
Problem zaczął się szybko: regulamin wspólnoty. „Zakaz trzymania psów powyżej 10 kg” wisiał na tablicy ogłoszeń, jakby ktoś mógł zważyć miłość. Sąsiadka z parteru, pani Zofia, zaczęła stukać w kaloryfer, kiedy Roki szczeknął. Ktoś podrzucał mi karteczki do skrzynki. „Albo pies, albo zgłosimy”. I jeszcze praca. Zmiany do 22, a Roki nie wytrzymywał sam. Raz zastałam porysowane drzwi i skomlącego psa, który trząsł się jak liść.
Druga decyzja przyszła po nocy, kiedy wróciłam z pracy i zobaczyłam, że ktoś posmarował klamkę czymś tłustym i śmierdzącym. Jakąś chemiczną maścią, może smarem. Roki polizał to, zanim zdążyłam go odciągnąć. Wymiotował potem na korytarzu. Zapach był kwaśny i ostry, aż kręciło w nosie. Jechałam z nim taksówką do całodobowej kliniki, bo nocny autobus nie przyjmował psów, a ja bałam się, że umrze mi na rękach.
W poczekalni, na plastikowych krzesłach, trzymałam go na kolanach. Dyszał, a jego oddech był nierówny. Czułam pod dłonią, jak drży brzuch. Wtedy zrozumiałam, że nie jestem już sama. I że ta samotność po rozwodzie, którą nosiłam jak płaszcz, nie jest romantyczna. Jest niebezpieczna.
Następnego dnia poszłam do kierownika i złożyłam wypowiedzenie. Nie miałam planu. Miałam tylko psa, którego trzeba było wyprowadzać, i siebie, którą trzeba było ratować. To była decyzja nieodwracalna. Bez pracy spadłam finansowo od razu. Zaczęłam brać dorywcze sprzątania. Po nocach robiłam korekty tekstów znajomej. Liczyłam grosze w portfelu, wąchałam tanią kawę z dyskontu i udawałam, że to normalne.
Roki, paradoksalnie, zaczął mnie wpychać w ludzi. Na spacerach spotykałam pana Mirka z drugiej klatki, który zawsze wychodził o siódmej z jamnikiem. Zaczęliśmy mówić „dzień dobry”, potem „jak tam”, a potem nagle siedzieliśmy na ławce i gadaliśmy o niczym, w marznącym powietrzu, kiedy z nieba sypał drobny śnieg. To nie była przyjaźń z filmu. To było zwykłe: ktoś zauważył, że istnieję.
Najważniejsza relacja, którą Roki ruszył jak łapą zaschniętą ziemię, to była mama. Od śmierci taty rozmawiałyśmy rzadko. Ja nie umiałam jej powiedzieć, że po rozwodzie jestem pusta. Nie umiałam też powiedzieć prawdy o czymś, co mnie paliło od lat: byłam kiedyś w ciąży i ją straciłam. Sama. Bez jej wiedzy. Wtedy jeszcze byliśmy małżeństwem, a ja bałam się przyznać, że nie daję rady. Ten wstyd siedział we mnie jak kamień.
Mama zadzwoniła w sprawie spadku po ojcu. Chciała „sprawiedliwie” podzielić oszczędności między mnie i mojego brata, Pawła. Ja słyszałam w jej głosie suchość urzędnika. Jakby uczucia trzeba było rozliczyć jak rachunki. A ja byłam zbyt zmęczona, by się kłócić.
Wszystko pękło tej nocy na klatce schodowej. Roki wyczuł coś wcześniej niż ja. Wyszedł na korytarz i stanął jak wryty. Potem ruszył i zaczął drapać pod drzwiami sąsiadów z czwartego. Usłyszałam stłumiony jęk. Ten ślad krwi na płytkach nie był z filmu. Był cienki, prawie czarny, jak zaschnięta farba.
Zadzwoniłam na 112. Głos dyspozytorki był rzeczowy, a ja trzęsłam się tak, że nie mogłam trafić kluczem do kieszeni. Roki szczekał, uderzał łapą w drzwi. Kiedy przyjechała policja i pogotowie, okazało się, że sąsiadka, młoda dziewczyna, leżała w łazience po tym, jak partner ją pobił. Nie wiem, czy to była moja odwaga. Wiem, że bez psa mogłabym zamknąć drzwi i udawać, że nie słyszę.
Trzecia decyzja przyszła rano. Policjant spisał zeznania, a ja podpisałam je drżącą ręką. Wiedziałam, że będę „tą, co doniosła”. Na osiedlu takie rzeczy nie są bez konsekwencji. Ale nie mogłam już cofnąć.
Tydzień później ktoś mi przebił oponę w samochodzie mamy, kiedy przyjechała w odwiedziny. Stała na parkingu pod blokiem, w swoim starym płaszczu, i patrzyła na mnie jak na obcą. W mieszkaniu pachniało mokrym psem i rosołem, który ugotowała, bo zawsze tak robiła, kiedy nie wiedziała, co powiedzieć. Roki kręcił się między nami, wciskał nos w jej dłoń, a potem położył się jej pod nogami. Jakby pilnował, żebyśmy nie uciekły.
Mama nie lubiła psów. Mówiła, że „brud” i „kłopot”. A jednak, kiedy Roki położył łeb na jej kapciu i westchnął, coś w niej zmiękło. Pogłaskała go ostrożnie, jakby dotykała cudzego życia. Jej palce drżały.
Nie powiedziałam jej wtedy o ciąży. Nadal nie umiałam. Ale powiedziałam coś innego: że nie śpię, że płaczę bez powodu, że czasem nie widzę sensu. Mama długo milczała. Potem powiedziała: „To idziemy do lekarza. Nie będziesz mi tu umierać po cichu”.
I poszłyśmy. NFZ, rejestracja, kolejki, okienko, w którym pani mówiła, że „najbliższy termin do psychiatry za cztery miesiące”. Wyszłam stamtąd z poczuciem upokorzenia. Jakby depresja była fanaberią, którą trzeba umieścić w grafiku. Mama się wściekła. Pojechałyśmy do poradni prywatnej, choć ją bolało, że płaci. Ja też się wstydziłam. Ale Roki tego dnia nie odstępował mnie na krok. W gabinecie położył się pod krzesłem i oddychał spokojnie, jak metronom. To jego spokój trzymał mnie w ryzach.
Największy strach przyszedł miesiąc później, w marcu, kiedy śnieg topniał w brudne zwały przy chodnikach. Roki zaczął kuleć mocniej. Myślałam, że to ta stara łapa. Ale w nocy jęczał, a jego brzuch był twardy. Pachniał dziwnie, jakby kwaśno, i cały czas dyszał. Złapałam go za kark, przycisnęłam czoło do jego szyi. Był gorący.
Znowu klinika, znowu pieniądze, których nie było. Znowu taksówka, bo autobus nocny nie przyjechał. Weterynarz powiedział „skręt żołądka” i „operacja natychmiast”. Świat mi się zawęził do jednego podpisu na zgodzie. Stałam przy ladzie i czułam zapach środków dezynfekcyjnych, aż łzawiły mi oczy. Zadzwoniłam do brata. Odburknął, że „z psem to twoja sprawa”. Zadzwoniłam do mamy. Przyjechała bez słowa i wyjęła z portfela pieniądze, które miały iść na „sprawiedliwy podział”.
Wtedy wreszcie powiedziałam jej prawdę. Nie o ciąży, nie umiałam jeszcze. Powiedziałam: „Mamo, ja się boję, że jak on umrze, to ja też się rozsypię”. To było najuczciwsze zdanie, jakie umiałam wtedy wypowiedzieć.
Operacja się udała. Roki przeżył, ale wrócił do domu ogolony na brzuchu, z kołnierzem i spojrzeniem, które mówiło: „Teraz ty pilnuj”. Przez pierwsze noce spałam na podłodze obok niego. Słuchałam jego oddechu, nierównego, ale obecnego. Czułam ciepło jego boku przez koc. Pachniał maścią i mokrą sierścią, a ja pierwszy raz od dawna zasypiałam bez myśli o znikaniu.
Nie było cudów. Dalej miałam długi. Dalej czasem nie chciało mi się wstać. Dalej na klatce ktoś patrzył krzywo. Ale zaczęłam chodzić na terapię. Zaczęłam odbierać telefony od mamy, a nie tylko oddzwaniać po tygodniu. Zaczęłam też mówić „nie” bratu, kiedy próbował rozdawać nasze sprawy jak po targu.
I w końcu, kilka miesięcy później, w kuchni u mamy, kiedy za oknem padał letni deszcz i pachniało mokrą ziemią z jej działki, powiedziałam jej o tamtej ciąży. O tym, że nie umiałam. O tym, że wstyd zjadał mnie od środka. Mama płakała cicho, w rękaw swetra. Roki leżał pod stołem i poruszał łapą we śnie, jakby biegł. Położyłam dłoń na jego grzbiecie. Ciepły. Żywy. Prawdziwy.
Nie wiem, czy kiedykolwiek mu to oddam. Wiem tylko, że ten pies nie pozwolił mi zostać w miejscu, w którym powoli się kończyłam. I że czasem miłość wygląda jak smycz w ręku, kiedy nie masz siły iść.
Gdzie jest granica odpowiedzialności za drugą istotę, kiedy samemu ledwo się oddycha? A jeśli to właśnie ta odpowiedzialność ratuje, to czy mamy prawo przed nią uciekać?