Cień kalkulacji
— Uśmiechnij się. — głos Pawła był cichy, ale napięty. — Mama… ona po prostu taka jest.
Stałam w przedpokoju ich domu na obrzeżach Sopotu. Wysokie okna. Marmur pod stopami. Zapach drogich świec i czegoś zimnego, jakby powietrze było filtrowane nie tylko przez klimatyzację, ale i przez cudze oczekiwania.
Wanda wyszła z salonu wolno. Spojrzała na mnie od góry do dołu.
— Alicja. — powiedziała, jakby sprawdzała etykietę na słoiku. — W końcu.
Wyciągnęłam rękę.
Nie podała swojej.
— Buty zdejmujemy tutaj. — wskazała palcem. — I proszę nie stawiać walizki na dywanie.
Paweł chrząknął.
— Mamo…
— Pawle, daj spokój. — ucięła. — Porządek to porządek.
Od pierwszych sekund wiedziałam, że to nie będzie dom, w którym ktoś mnie zapyta: „Jesteś zmęczona? Chcesz herbaty?”. To był dom, w którym miało się pasować.
W jadalni stał długi stół, a na nim biały obrus jak z katalogu. Wanda usiadła na swoim miejscu, jak królowa. Obok niej Piotr, milczący, z twarzą człowieka, który przez lata nauczył się nie przeszkadzać.
— Zjesz coś? — zapytała, ale ton nie był pytaniem.
— Dziękuję, zjem. — odpowiedziałam.
— Dobrze. — skinęła głową. — Pawłowi trzeba gotować porządnie. On ma delikatny żołądek.
Paweł spojrzał na mnie przepraszająco.
— Alicja świetnie gotuje, mamo.
Wanda uniosła brew.
— Zobaczymy.
„Zobaczymy” wracało potem jak refren. Zobaczymy, czy się nadaję. Zobaczymy, czy jestem „z dobrej rodziny”. Zobaczymy, czy nie zniszczę tego, co ona budowała latami.
Wieczorem w naszym pokoju Paweł przytulił mnie od tyłu.
— Nie przejmuj się. Ona jest… trudna.
Odwróciłam się.
— Paweł, ona nawet mi ręki nie podała.
— Daj jej czas.
— A ty? Dasz mi czas, czy dasz jej rację?
Zamilkł. I w tej ciszy usłyszałam coś gorszego niż słowa.
Następnego dnia Wanda weszła do kuchni, kiedy robiłam kawę.
— Rozmawiałam z Pawłem. — powiedziała, opierając się o blat. — Powiedział, że myślicie o dziecku.
Zakrztusiłam się.
— To… nasze sprawy.
— W rodzinie nie ma „nasze”, Alicja. — jej głos był miękki, ale twardy jak szkło. — Jest „wspólne”.
— Proszę nie wchodzić w to.
Wanda uśmiechnęła się krótko.
— Posłuchaj. Ja chcę dobrze. Dziecko to poważna decyzja. A Pawłowi trzeba stabilności. — spojrzała na moje dłonie. — Pracy też trzeba stabilnej. Nie tych… twoich projektów.
Pracowałam zdalnie. Grafika. Miałam klientów. Miałam swoje życie.
— To jest moja praca.
— Praca to etat. Umowa. ZUS. — wyliczała. — A nie siedzenie przy komputerze w piżamie.
Zacisnęłam palce na kubku.
— Wandziu… — odezwał się Piotr z salonu, jakby prosił, żeby przestała.
Wanda nawet na niego nie spojrzała.
— I jeszcze jedno. — zniżyła głos. — Paweł jest jedynakiem. Rozumiesz, co to znaczy.
Rozumiałam. Że mam urodzić, wychować, podporządkować. I nie narzekać.
Po tygodniu zaczęły się „propozycje”. Najpierw delikatne.
— Może byście zamieszkali bliżej? — pytała Wanda przy obiedzie. — Tu jest miejsce. Macie całe piętro.
— Mamo, my mamy mieszkanie w Gdańsku. — tłumaczył Paweł.
— Mieszkanie. — Wanda prychnęła. — W bloku. Z sąsiadami za ścianą. A tu? Tu macie ogród. Ciszę. I rodzinę.
Potem przestały być delikatne.
— Ja wam pomogę. — powiedziała któregoś dnia, kładąc na stole teczkę. — Wpłacę wam na większe mieszkanie. Albo postawimy wam dom obok. Tylko trzeba to zrobić mądrze.
Paweł aż się wyprostował.
— Mamo… to dużo.
— To inwestycja. — Wanda spojrzała na mnie. — Ale inwestycje się zabezpiecza.
Otworzyłam teczkę. Umowa. Notariusz. Warunki.
„Darowizna z zastrzeżeniem…”
„Rozdzielność majątkowa…”
„W przypadku rozwodu…”
Serce mi zamarło.
— To jest… — głos mi drżał. — To jest umowa na wypadek, gdybym odeszła.
— Nie przesadzaj. — Wanda wzruszyła ramionami. — To zwykła ostrożność.
— Ostrożność wobec mnie.
— Wobec życia, Alicja. — odparła. — Ja nie jestem naiwna.
Paweł wziął dokument do ręki. Czytał długo. Za długo.
— To tylko formalność. — powiedział w końcu, nie patrząc mi w oczy.
Wtedy poczułam, jakby ktoś mi nagle wyjął z klatki piersiowej powietrze.
— Formalność? — powtórzyłam. — Paweł, to jest stawianie mnie pod ścianą.
— Nikt cię nie stawia. — wtrąciła Wanda. — Jeśli kochasz mojego syna, to podpiszesz. Jeśli nie, to… cóż. Wszystko jasne.
— Mamo, nie mów tak. — Paweł próbował, ale brzmiał słabo.
Wanda spojrzała na niego ostro.
— Ja mówię jasno. Ty zawsze byłeś za miękki.
Nocą w pokoju Paweł chodził od okna do łóżka.
— Ona chce nas zabezpieczyć. — powtarzał.
— Nie „nas”. — odpowiedziałam. — Ciebie. Przede mną.
— Przecież wiesz, że ci ufam.
— To czemu nie powiesz jej: „Nie”?
Cisza.
— Paweł… — ściszyłam głos. — Ty chcesz być ze mną czy w jej planie?
— Nie stawiaj mnie w takiej sytuacji.
— Ona już postawiła.
Następnego dnia Wanda zaprosiła mnie „na spacer”. Szłyśmy wzdłuż plaży. Ludzie. Psy. Wiatr. A między nami lód.
— Wiesz, Alicja — zaczęła nagle — ja też byłam kiedyś młoda. Też myślałam, że miłość wszystko załatwi.
— I co?
— I nauczyłam się, że miłość bez rozsądku kończy się biedą i płaczem. — spojrzała na mnie. — Ja nie pozwolę, żeby Pawła ktoś wciągnął w chaos.
Zatrzymałam się.
— „Ktoś”. Czyli ja.
— Nie obrażaj się. — odparła. — Ty jesteś… ładna. Miła. Ale ty nie rozumiesz, jak się utrzymuje poziom.
— Poziom czego? — syknęłam. — Marmuru? Obrusu? Ciszy przy stole?
Wanda zmrużyła oczy.
— Poziom rodziny.
Wróciłyśmy do domu, a ona od razu zadzwoniła do Pawła.
— Porozmawiaj z nią. — powiedziała głośno, żebym słyszała. — Ona jest emocjonalna. Tak się nie da.
„Emocjonalna.” Jakby to była wada charakteru, a nie reakcja na upokorzenie.
Wieczorem Paweł usiadł naprzeciwko mnie.
— Podpiszmy. — powiedział.
— Nie.
— Alicja…
— Nie podpiszę umowy, która robi ze mnie zagrożenie.
— To nie o to chodzi.
— To o co? O to, żebyś miał dom i spokój? A ja mam mieć co? Zaciśnięte zęby i wdzięczność?
Paweł przetarł twarz dłonią.
— Mama powiedziała, że jeśli nie podpiszemy, to… nie pomoże.
— I?
— I będzie wojna.
— Paweł, wojna już jest.
Wtedy weszła Wanda. Bez pukania.
— Słyszę podniesione głosy. — oznajmiła.
— Mamo, daj nam chwilę. — Paweł wstał.
— To mój dom. — odpowiedziała spokojnie. — A to dotyczy mojej rodziny.
Spojrzała na mnie.
— Powiem prosto. Albo podpisujesz, albo nie ma ślubu w kościele. Nie będzie przyjęcia. Nie będzie wsparcia. I Pawłowi będzie przykro.
Zamurowało mnie.
— Szantaż.
— Nazywaj to jak chcesz. — Wanda wzruszyła ramionami. — Ja nazywam to konsekwencją.
Paweł stał między nami, jak chłopiec, który ma wybrać, czyje łzy są ważniejsze.
— Paweł. — spojrzałam na niego. — Powiedz coś.
On otworzył usta, ale głos mu się załamał.
— Alicja… proszę.
I wtedy zrozumiałam. Nie „proszę, zostań”. Tylko „proszę, ulegnij”.
Wzięłam torbę. Bez planu. Bez wielkich słów.
— Dokąd idziesz? — zapytał Piotr z korytarza.
— Tam, gdzie nikt nie każe mi podpisywać miłości. — odpowiedziałam.
Wanda nie krzyczała. Uśmiechnęła się tylko cienko.
— Widzisz, Pawle? — powiedziała. — Emocje. Dokładnie.
Paweł pobiegł za mną na podjazd.
— Alicja, wróć. Porozmawiamy.
— Z kim? Z tobą czy z nią?
— Ze mną.
— To powiedz jej teraz, przy mnie, że to koniec. Że nie będzie umowy. Że to nasze życie.
Paweł spojrzał w stronę okna. Wanda stała w salonie. Patrzyła.
Zrobił krok w jej stronę. Potem się zatrzymał.
— Nie mogę jej tego zrobić. — wyszeptał.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale głos miałam suchy.
— A mnie możesz.
Odjechałam pierwszym pociągiem do Gdańska. W wagonie patrzyłam na swoje odbicie w szybie. Wyglądałam jak ktoś, kto właśnie przegrał walkę o miejsce przy cudzym stole.
Dwa dni później Paweł zadzwonił.
— Mama płacze. — powiedział zamiast „tęsknię”.
— A ty?
Cisza.
— Ja… nie wiem, co robić.
— Wiesz. — odpowiedziałam. — Tylko się boisz.
— Ona jest sama.
— A ja?
Znowu cisza.
— Alicja, proszę. Podpiszmy i będzie spokój.
— Spokój dla kogo?
Nie odpowiedział.
W kolejnych tygodniach dzwoniła też Wanda. Raz.
— Alicja. — zaczęła słodko. — Nie chcę konfliktu. Po prostu chcę chronić syna.
— Przede mną.
— Przed ryzykiem. — poprawiła. — Jesteś młoda. Jeszcze nie rozumiesz.
— Ja rozumiem aż za dobrze. — powiedziałam. — Że u pani miłość ma paragraf.
Rozłączyła się.
A ja zostałam w swoim mieszkaniu w Gdańsku. Sama. Z ciszą, która bolała, ale była moja.
Miesiąc później Paweł przyszedł. Bez zapowiedzi. Stał w drzwiach z bukietem tulipanów, jakby to miało cofnąć wszystko.
— Przepraszam. — powiedział.
— Za co?
— Za to, że nie stanąłem po twojej stronie.
Patrzyłam na niego długo.
— I co teraz?
— Chcę wrócić. — wyszeptał. — Tylko… musimy to jakoś ułożyć.
— „Jakoś” czyli jak?
— Mama…
— Nie. — przerwałam. — Nie zaczynaj od niej.
Zacisnął usta.
— Ona ma rację w jednym. Życie jest trudne.
— Tak. — kiwnęłam głową. — I dlatego potrzebuję partnera, nie pośrednika.
Zrobił krok do przodu.
— Kocham cię.
— A czy umiesz mnie wybrać? — zapytałam.
Nie odpowiedział od razu. I ta zwłoka była odpowiedzią.
— Nie mogę jej zostawić. — powiedział w końcu.
— Ja ci nie każę jej zostawiać. — głos mi zadrżał. — Ja ci każę przestać mnie oddawać.
Stał jeszcze chwilę, jakby czekał, że zmienię zdanie. Potem odwrócił się i wyszedł.
Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami. Zjechałam na podłogę.
Nie płakałam od razu. Najpierw była złość. Potem wstyd. Potem ból.
Bo w Polsce często mówi się: „Rodzina jest najważniejsza”. Tylko nikt nie dopowiada, że czasem to hasło bywa pałką. Że pod nim można ukryć kontrolę, szantaż i wieczne „co ludzie powiedzą”.
Dziś mijam Sopot rzadko. Ale kiedy widzę podobne domy, podobne okna i podobne idealne obiady, czuję ten sam chłód.
I myślę o tym, jak łatwo jest nazwać kobietę „emocjonalną”, kiedy broni swoich granic.
Czasem zastanawiam się: gdyby Paweł wtedy powiedział jedno proste „nie”, czy nasze życie potoczyłoby się inaczej?
A wy… czy da się kochać kogoś naprawdę, jeśli trzeba podpisać na to zgodę cudzym długopisem?