Kiedy Baśka zniknęła spod ławki: Jak kundelka uratowała mnie przed własnym cieniem
Zaskrzypiały drzwi od klatki, a Baśka, trzęsąc się jak osika, wbiła się we mnie z całej siły. Dopiero po chwili dostrzegłem, że jej łapa zostawia krwawy ślad na kafelkach. Na korytarzu rozlegały się krzyki — sąsiadka wołała po policję, ktoś szarpał zamkiem, a ja zostałem sam z psem, który patrzył na mnie, jakby tylko ja mógł coś jeszcze zmienić.
Po rozwodzie z Magdą mieszkanie stało się dla mnie klatką wielkości czterdziestu pięciu metrów. Cisza gęstniała wieczorami, śmierdziała starym dymem papierosowym i przepoconą pościelą. Samotność bolała do fizycznego mdłości, ale to nie ona była najgorsza — najgorsza była ta nieustanna myśl, że wszystko to moja wina. Że mogłem być lepszym mężem, ojcem, synem. Tyle że nie byłem.
Baśka pojawiła się nagle. Nie była nawet ładna: brudnobiała, z łatami błota, podkrążonymi oczami i ogonem przypominającym zmiotkę. Przyszła za mną spod Żabki, kiedy uciekałem przed własnym odbiciem w witrynie. Trochę jej nie zauważyłem, trochę chciałem, żeby za mną szła. I tak już na początku nie miałem na nią miejsca ani siły — nie miałem nawet pieniędzy. Gdy pierwszej nocy usłyszałem jej schrypnięte szczeknięcie, poczułem się winny, że jej nie wyrzuciłem. Ale nie byłem w stanie. Zasypiając, usłyszałem jej świszczący oddech; miałem wrażenie, że czułem jej ciepło nawet przez koc.
Kiedy Baśka zaczęła chorować, musiałem wybierać: zapłacić rachunek za prąd czy zabrać ją do weterynarza. W gabinecie na osiedlu lekarz przywitał mnie tak, jakbym był kolejnym nieodpowiedzialnym właścicielem. „To zaniedbanie. Kleszcze, anemia. Długo już pan ją ma?” Skłamałem, że kilka dni. Podał mi rachunek. Wtedy po raz pierwszy musiałem pożyczyć pieniądze od ojca. Wolałbym połknąć gwoździe, niż o to poprosić, ale nie miałem wyjścia.
Baśka spała przy mnie na starej kanapie, jej futro pachniało mokrą ziemią i kurzem. Jej oddech przypominał mi, że nie jestem sam — świszczał, nierówny, ale uporczywy. Czasem łapałem się na tym, że głaszcząc ją za uszami, wyciszałem własne myśli bardziej niż przez godzinę terapii. Zacząłem też rozmawiać z sąsiadką z parteru, panią Kazią, która od lat trzymała dystans. Baśka zdobyła jej sympatię szybciej niż ja — łapała od niej kawałki kiełbasy przez balkon, a potem razem chodziliśmy na spacery pod blok. Przez psa pierwszy raz od rozwodu poczułem, że nie jestem zupełnie niewidzialny.
Pierwszą nieodwracalną decyzją było przyjęcie Baśki na stałe, mimo że wiedziałem, że pogorszy to moją sytuację finansową i wymusi na mnie zmianę nawyków. Musiałem zacząć wstawać rano, żeby ją wyprowadzić, nawet gdy nie miałem siły ruszyć się z łóżka. Drugą była rozmowa z Magdą. Baśka zachorowała i kiedy myślałem, że to już koniec, zadzwoniłem do byłej żony, prosząc ją o radę. Chciałem tylko usłyszeć, że robię dobrze. Rozmowa była szorstka, pełna zarzutów, ale potem Magda pozwoliła naszej córce przyjść do mnie — „na chwilę, tylko zobaczyć pieska”. To wtedy pierwszy raz od miesięcy czułem, że może nie wszystko jest stracone.
Najtrudniejsza decyzja przyszła, gdy Baśka zniknęła. Przez tydzień szukałem jej po całym osiedlu. Rozwieszałem ogłoszenia, wydzwaniałem po schroniskach, spałem źle, a dom śmierdział tęsknotą: stęchlizną, niepranymi ubraniami i smutkiem. Gdy w końcu dzwoniła sąsiadka, że znalazła ją uwięzioną w piwnicy, skoczyłem po klucz jak szalony. Drzwi były zatrzaśnięte, zamoknięte od deszczu, a w środku panował chłód i wilgoć tak ostry, że czułem go w kościach. Baśka była wychudzona, ale żyła — dotknąłem jej ciepłego grzbietu, poczułem bicie jej serca szybkie, niespokojne, jakby bała się, że znowu ją zostawię.
Po tej historii nie mogłem już wrócić do dawnego życia. Baśka została ze mną, chociaż przez nią musiałem zrezygnować z pracy zmianowej — nie miałby jej kto wyprowadzać. Zacząłem szukać innej roboty, mniej płatnej, ale z regularnymi godzinami. To był kompromis, który bolał, bo pogłębił moje kłopoty finansowe. Ale jednocześnie dzięki temu byłem bardziej obecny dla córki. Baśka rozładowywała napięcie między mną a Magdą — kiedy przychodziła mała, pies był mostem, przez który płynęły rozmowy, śmiech i nieśmiałe gesty pojednania.
Dziś wiem, że gdyby nie ta stara kundelka z blizną na uchu, pewnie dalej tkwiłbym w swoim żalu, zamknięty w dusznym mieszkaniu, gdzie powietrze pachnie rozpaczą. Baśka nie uleczyła mojego poczucia winy, ale nauczyła mnie, że odpowiedzialność za drugiego — nawet kudłatego i niechcianego — daje szansę na coś więcej niż żal. Nie wiem, czy zasłużyłem na drugą szansę w relacjach z rodziną. Ale czasem się zastanawiam, czy to my ratujemy psy, czy one naprawdę ratują nas? I czy mamy odwagę przyjąć taką pomoc, gdy najbardziej tego potrzebujemy?