Jak kundel z podwórka zmusił mnie, bym po rozwodzie zaczął wszystko od nowa

Szarpał smycz, szczekając na starego psa sąsiada, kiedy lód pod moimi stopami nagle pękł i runąłem po kolana do błota. Kacper, bo tak go nazwałem, chwilę się zawahał, zanim podskoczył do mnie i zaczął lizać moją twarz, jakby próbował mnie ocucić. Miał wtedy na łapie krew – to nie była moja krew, tylko jego, rozerwana skóra po nocnej bójce z jakimś bezpańskim potworem. Przez chwilę pomyślałem, że lepiej byłoby, gdyby po prostu uciekł, a ja – zamarzł tu, wśród osiedlowych śmieci.

Po rozwodzie zostało mi tyle, co własna kurtka i pół szafy w wynajętym pokoju na Pradze. Nie miałem już samochodu – ona wzięła wszystko. Praca w urzędzie była jałowa i monotonna, a do ojca nie dzwoniłem od miesięcy; matka nie doczekała nawet wyroku sądowego. Wtedy zacząłem widywać Kacpra, szaroburego psa z wytrzeszczonymi oczami, pod śmietnikiem przy bloku. Przesiadywał tam, śmierdząc czymś, co przypominało spleśniały chleb i mokrą ziemię. Próbowałem go przegonić, ale był uparty – potrafił chodzić za mną od przystanku aż pod klatkę, warcząc na każdego, kto się zbliżył.

Pewnego dnia wracając z pracy zobaczyłem, że Kacper kuleje i ma krwawiącą łapę. Zignorowałem go, jak zwykle, ale kiedy usłyszałem jego pisk nocą pod oknem, nie mogłem spać. Zszedłem na dół w starej bluzie, w kieszeni miałem ostatnie pięćdziesiąt złotych. Złapałem go za kark i zaprowadziłem do mieszkania, chociaż wiedziałem, że właścicielka może się wściec – w bloku psy były zakazane. Pachniał wilgocią i czymś kwaśnym, jego sierść była matowa i kleista pod palcami. Przez całą noc jęczał przez sen, a ja nie wiedziałem, czy bardziej nienawidzę siebie za to, że go wziąłem, czy jego za to, że nie zostawił mnie w spokoju.

Następnego dnia musiałem podjąć decyzję – iść do pracy i zostawić go z bolącą łapą, czy zawieźć do weterynarza. Weterynarz był po drugiej stronie miasta, a nie miałem już auta. Stałem na przystanku, w deszczu, trzymając go w starym ręczniku. Ludzie patrzyli z niechęcią, bo pies śmierdział. W gabinecie usłyszałem, że rana wymaga zszycia, koszt – dwieście pięćdziesiąt złotych. Zapytałem, czy można na raty. Lekarka pokiwała głową, ale widziałem, jak patrzy na mnie z litością. Zostawiłem tam prawie wszystko, co miałem na koncie.

Właścicielka mieszkania dowiedziała się o psie po tygodniu, kiedy Kacper ugryzł jej kota. Groziła, że mnie wyrzuci. Przez chwilę chciałem oddać go do schroniska, nawet poszedłem tam, ale gdy usłyszałem szczekanie zza krat, poczułem, jakby coś mnie rozdzierało od środka. Kacper tulił się do mojej nogi, jego serce biło szybko jak mały młotek, a z pyska czułem gorzki oddech. Podjąłem decyzję: wyprowadzam się na działkę po dziadku, choć to ruina i nie ma tam ciepłej wody.

Zimą było ciężko. Piecyk kopcił, woda zamarzała w misce. Kacper spał pod moją kołdrą, a ja czułem jego ciepłe ciało i wilgotne, śmierdzące futro. Czasem miałem go dość. Szczekał na każdego sąsiada, wywracał śmietnik, pogryzł mi pantofle. A jednak to przez niego, po raz pierwszy od rozwodu, zadzwoniłem do ojca. Potrzebowałem starego piecyka gazowego i nie wiedziałem, jak go podłączyć. Ojciec przyjechał tramwajem, przywiózł zupę i narzędzia. Kacper nieufnie węszył wokół niego, a potem położył łeb na jego kolanie. Po tylu tygodniach ciszy, ojciec spojrzał na mnie i powiedział: „No, przynajmniej masz z kim gadać, nie?”

Kacper zmienił moje życie w sposób, którego się nie spodziewałem. Musiałem zmienić mieszkanie, wydać ostatnie pieniądze, naprawić kontakt z ojcem. Ale nie zawsze byłem wdzięczny. Były dni, kiedy marzyłem, żeby zniknął, żebym mógł spać bez jego mokrego nosa w szyi. Były noce, kiedy złościłem się, że nie mogę po prostu się upić i zapomnieć, bo on musiał wyjść na spacer, nieważne, czy padał śnieg czy lał deszcz.

Wiosną Kacper zachorował. Przestał jeść, oddychał ciężko, jego oczy były matowe i obojętne. Weterynarz powiedział, że to rak. Nie miałem pieniędzy na operację, tylko na środki przeciwbólowe. Przez tydzień spałem z nim na podłodze, głaszcząc jego ciepły, chropowaty pysk, czując zapach mokrej ziemi i lęku. Pewnej nocy przestał oddychać. Byłem przy nim do końca, słyszałem, jak cichnie jego oddech, jak serce zwalnia, aż wszystko ucichło naprawdę.

Nie wiem, czy byłbym dziś innym człowiekiem, gdyby nie ten uparty kundel. Przez niego musiałem dokonać wyborów, których nigdy bym się nie spodziewał – i nie wszystkie były dobre. Czy to egoizm, że zostawiłem go przy sobie do końca, choć wiedziałem, że cierpi? Jak rozpoznać, kiedy wierność staje się ciężarem, a kiedy jest jedynym, co nam zostało? Może wy mi powiecie.