Między ciszą a krzykiem: Moje życie w cieniu kontroli Pawła

— Gdzie byłaś tak długo? — głos Pawła rozległ się w przedpokoju, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć buty. W jego oczach widziałam już cień podejrzenia, jakby każda minuta mojej nieobecności była dla niego zagrożeniem. — Byłam z Zosią u lekarza, mówiłam ci rano — odpowiedziałam cicho, starając się nie patrzeć mu w oczy. Zosia, nasza młodsza córka, ścisnęła mnie za rękę, wyczuwając napięcie. Paweł westchnął głośno, teatralnie, jakby chciał, żeby cały blok słyszał jego niezadowolenie.

Tak wyglądała większość moich dni. Każdy krok, każda decyzja, nawet najdrobniejsza, musiała być przez niego zatwierdzona. Kiedyś myślałam, że to troska, że po prostu się o nas martwi. Ale z czasem zrozumiałam, że to nie troska, tylko kontrola. Paweł zarabiał dobrze, pracował w dużej firmie budowlanej, a ja zajmowałam się domem i dziećmi. Nie miałam własnych pieniędzy, nawet na kawę z koleżanką musiałam prosić go o kilka złotych. Zawsze pytał: „Na co ci to?”, „Po co ci te spotkania?”, „Nie lepiej zostać w domu?”.

Pamiętam, jak kiedyś, jeszcze na początku, próbowałam się buntować. Chciałam wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim, ale Paweł powiedział, że to niepotrzebne, że on zarobi na wszystko. „Po co masz się męczyć, dzieci cię potrzebują”, mówił. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to dla naszego dobra. Ale z każdym rokiem czułam się coraz bardziej jak cień samej siebie. Moje przyjaciółki powoli się ode mnie odsuwały, bo nigdy nie miałam czasu, zawsze byłam „zajęta domem”.

Najgorsze były wieczory. Kiedy dzieci już spały, Paweł siadał naprzeciwko mnie i zaczynał rozmowę, która zawsze kończyła się kłótnią. — Widziałem, że rozmawiałaś dziś z sąsiadem. O czym? — pytał, a ja czułam, jak serce mi przyspiesza. — O niczym ważnym, tylko o pogodzie — odpowiadałam, ale on nie wierzył. — Nie lubię, jak rozmawiasz z obcymi facetami. Nie masz o czym z nimi gadać — rzucał, a ja milczałam, bo wiedziałam, że każda odpowiedź tylko pogorszy sprawę.

Dzieci, Zosia i Kuba, były moim jedynym światłem. Dla nich znosiłam wszystko, tłumaczyłam sobie, że lepiej, żeby miały pełną rodzinę, nawet jeśli ja jestem nieszczęśliwa. Ale z czasem zaczęłam widzieć, że one też cierpią. Kuba zamknął się w sobie, coraz rzadziej się uśmiechał, a Zosia zaczęła się jąkać, kiedy Paweł podnosił głos. To wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może jednak powinnam coś zmienić.

Pewnego dnia, kiedy Paweł wyszedł do pracy, zadzwoniła do mnie moja dawna koleżanka, Ania. — Marta, co się z tobą dzieje? Zniknęłaś, nie odbierasz telefonów, nie odpisujesz na wiadomości. Martwię się o ciebie — powiedziała. Zaczęłam płakać, nie mogąc przestać. Wylałam jej wszystko, całą prawdę, której nigdy nikomu nie mówiłam. Ania słuchała w ciszy, a potem powiedziała: — Musisz coś z tym zrobić. Dla siebie i dla dzieci. To nie jest normalne.

Od tamtej rozmowy zaczęłam inaczej patrzeć na swoje życie. Zaczęłam czytać w internecie o przemocy psychicznej, o kontroli, o tym, jak wiele kobiet w Polsce żyje w podobnych warunkach. Zrozumiałam, że nie jestem sama, że to nie jest moja wina. Ale strach był silniejszy. Bałam się, że jeśli spróbuję odejść, Paweł mi to uniemożliwi. Bałam się, że nie poradzę sobie finansowo, że dzieci będą cierpieć jeszcze bardziej.

Któregoś wieczoru, kiedy Paweł wrócił do domu w złym humorze, wybuchł. — Jesteś bezużyteczna! Nawet obiadu nie potrafisz ugotować jak człowiek! — krzyczał, a ja stałam w kuchni, trzymając się blatu, żeby nie upaść. Dzieci schowały się w swoim pokoju, Kuba tulił Zosię, a ja czułam, jak coś we mnie pęka. Po tej awanturze długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit, myśląc: ile jeszcze wytrzymam?

Następnego dnia, kiedy Paweł był w pracy, spakowałam kilka rzeczy dla siebie i dzieci. Zadzwoniłam do Ani, która powiedziała, że możemy u niej przenocować. Serce waliło mi jak młot, ręce się trzęsły, ale wiedziałam, że muszę to zrobić. Zosia płakała, Kuba był blady jak ściana, ale nie protestowali. Wyszliśmy z mieszkania, zamykając za sobą drzwi do przeszłości.

Paweł dzwonił do mnie setki razy, wysyłał wiadomości, groził, błagał, obiecywał poprawę. Ale ja już nie wierzyłam. Zgłosiłam sprawę na policję, poszłam do psychologa, zaczęłam szukać pracy. Było ciężko, bardzo ciężko. Czułam się winna, bałam się o przyszłość, ale pierwszy raz od lat mogłam oddychać. Dzieci powoli zaczęły się uśmiechać, Zosia przestała się jąkać, a Kuba zaczął rozmawiać ze mną o swoich uczuciach.

Czasem, kiedy wieczorem siedzę sama w kuchni, myślę o tym, co by było, gdybym została. Czy moje dzieci byłyby szczęśliwe? Czy ja jeszcze bym istniała jako człowiek, czy tylko jako cień? Wiem, że nie jestem jedyna, że wiele kobiet w Polsce żyje w podobnych klatkach. Dlaczego tak trudno nam uwierzyć, że zasługujemy na coś więcej? Czy naprawdę musimy czekać, aż coś w nas pęknie, żeby zacząć walczyć o siebie?