Rodzinny Obiad, Którego Nigdy Nie Zapomnę
— Michał, czy na pewno powinniśmy jechać? — Ewa spojrzała na mnie z niepokojem, gdy pakowaliśmy jeszcze ciepłą szarlotkę do torby termicznej.
— Przecież to tylko moja ciotka Halina i wujek Zbyszek. Zadzwoniłem wczoraj, powiedzieli, że będą w domu. — Próbowałem dodać jej otuchy, choć sam czułem lekki niepokój. Ostatnio kontakty z rodziną były… chłodne. Ale przecież rodzina to rodzina, prawda?
Droga do Piotrkowa minęła nam w milczeniu. Ewa patrzyła przez okno, a ja próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem się z Haliną. Chyba na pogrzebie babci, ponad rok temu. Wtedy też nie było zbyt serdecznie, ale tłumaczyłem to atmosferą żałoby. Teraz miało być inaczej. Przecież zadzwoniłem, uprzedziłem, że przyjedziemy. Nawet zapytałem, czy czegoś nie przywieźć. „Nie, Michałku, nic nie trzeba, przyjedźcie, będzie miło” — usłyszałem w słuchawce.
Zaparkowaliśmy pod blokiem. Ewa poprawiła włosy, ja wziąłem szarlotkę i butelkę wina. Zadzwoniłem domofonem. Po chwili usłyszeliśmy zniecierpliwiony głos ciotki:
— No, już idę, już idę!
Drzwi otworzyły się z lekkim oporem. Halina spojrzała na nas, jakbyśmy przyszli bez zapowiedzi.
— O, Michał… i Ewa… — powiedziała, nieco zaskoczona. — Wejdźcie, wejdźcie.
W korytarzu pachniało starymi meblami i kurzem. Wujek Zbyszek siedział w fotelu, oglądał telewizję. Nawet nie wstał, tylko rzucił:
— Cześć, młodzi.
— Przynieśliśmy szarlotkę, jeszcze ciepła — powiedziała Ewa, próbując się uśmiechnąć.
— A, dobrze, dobrze, postawcie w kuchni — rzuciła Halina, po czym niemal natychmiast zabrała ciasto i schowała je do lodówki. Nawet nie spojrzała, nie powąchała, nie podziękowała.
Usiedliśmy w salonie. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, którą przerwał dźwięk telewizora. Wujek oglądał jakiś program o remontach. Halina krzątała się w kuchni, ale nie było słychać żadnych odgłosów gotowania. Po kilku minutach przyniosła na stół talerz z kilkoma kanapkami — suchy chleb, plasterek żółtego sera, ogórek kiszony. Obok postawiła dzbanek z herbatą.
— Proszę, częstujcie się — powiedziała, jakby to był szwedzki stół w hotelu.
Spojrzałem na Ewę, która próbowała ukryć rozczarowanie. Przecież jechaliśmy ponad godzinę, specjalnie kupiliśmy dobre wino, upiekliśmy ciasto. Liczyliśmy na wspólny obiad, rozmowę, może nawet trochę śmiechu. Tymczasem atmosfera była lodowata.
— Halinko, może zjemy razem szarlotkę? — zaproponowałem, próbując ratować sytuację.
— Nie, nie, zostawimy na później. Teraz nie mam ochoty na słodkie — odpowiedziała ciotka, nawet nie patrząc mi w oczy.
Rozmowa się nie kleiła. Halina narzekała na sąsiadów, na ceny w sklepach, na pogodę. Zbyszek milczał, wpatrzony w telewizor. Ewa próbowała zagaić o dzieci, o pracę, ale odpowiedzi były krótkie i zdawkowe. Czułem, jak narasta we mnie złość i smutek. Przecież to moja rodzina. Dlaczego traktują nas jak intruzów?
Po godzinie Ewa szepnęła:
— Michał, może już pójdziemy?
Zebrałem się na odwagę.
— Halinko, czy coś się stało? Mam wrażenie, że nie jesteście zadowoleni z naszej wizyty.
Ciotka spojrzała na mnie z dziwnym uśmiechem.
— Michał, my już nie jesteśmy tacy młodzi. Lubimy spokój. Poza tym, nie uprzedziłeś, że przyjedziecie na dłużej. Myśleliśmy, że tylko na chwilę wpadniecie.
— Ale przecież dzwoniłem wczoraj, mówiłem, że przyjedziemy na obiad… — próbowałem się bronić.
— No, ale to nie znaczy, że trzeba od razu robić wielkie przyjęcie. Teraz wszystko drogie, a my oszczędzamy. — Halina wzruszyła ramionami.
Wstałem, czując, jak narasta we mnie żal. Ewa już zbierała swoje rzeczy. Pożegnaliśmy się chłodno. Nawet nie zaproponowali, żebyśmy zabrali szarlotkę z powrotem. Wyszliśmy na klatkę schodową, a ja poczułem, jak coś we mnie pęka.
W samochodzie Ewa milczała. Po chwili powiedziała cicho:
— Michał, nie jedźmy tu więcej. To nie ma sensu.
Patrzyłem przez szybę na szare bloki, na ludzi wracających z zakupów. Próbowałem zrozumieć, co się stało. Czy to ja jestem zbyt wymagający? Czy może rodzina już dawno przestała być rodziną?
W domu usiedliśmy w kuchni. Ewa zaparzyła herbatę, a ja patrzyłem na pusty talerz. Przypomniałem sobie, jak kiedyś, gdy byłem dzieckiem, Halina piekła dla mnie sernik, a Zbyszek zabierał mnie na ryby. Gdzie się podziała tamta bliskość?
— Może to my się zmieniliśmy? — zapytałem Ewę, ale ona tylko pokręciła głową.
— Nie, Michał. Po prostu niektórzy ludzie nie potrafią już być rodziną. I chyba nie warto się łudzić.
Zostałem z tym pytaniem do dziś. Czy rodzina to tylko wspólna krew, czy coś więcej? Czy warto próbować na siłę utrzymywać relacje, które już dawno wygasły? A może czasem trzeba po prostu odpuścić i poszukać swojego miejsca gdzie indziej?