Pieniądze już nie są moje: Walka o własne życie – Historia Anny Nowak

– Anna, nie rozumiesz, to dla naszego dobra – powiedział Marek, patrząc na mnie z tym swoim chłodnym spokojem, który zawsze wywoływał we mnie dreszcze. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni paragon za zakupy. – Twój tata nie ma prawa decydować, na co wydaję pieniądze! – wybuchłam, czując, jak głos mi drży. – To NASZE pieniądze, Marek!

Marek wzruszył ramionami, jakby to, co mówiłam, nie miało żadnego znaczenia. – Tata lepiej się zna na finansach. Poza tym, odkąd on zarządza budżetem, nie mamy długów. – Jego słowa były jak zimny prysznic. Znowu.

Wiedziałam, że nie wygram tej dyskusji. Ostatnio nie wygrywałam żadnej. Odkąd Laskowski senior – mój teść, pan Jan – przejął kontrolę nad naszymi pieniędzmi, czułam się jak dziecko, które musi prosić o każdą złotówkę. Nawet na chleb. Nawet na podpaski.

Pamiętam ten dzień, kiedy wszystko się zaczęło. Marek wrócił z pracy, zmęczony i rozdrażniony. – Anna, musimy coś zmienić. Nie radzimy sobie z pieniędzmi. Tata pomoże nam ogarnąć budżet. – Wtedy jeszcze myślałam, że to tylko na chwilę, że Marek po prostu potrzebuje wsparcia. Ale szybko okazało się, że to nie wsparcie, tylko przejęcie władzy.

Od tamtej pory każda decyzja finansowa przechodziła przez teścia. – Anna, nie kupuj tego, to niepotrzebne. – Anna, po co ci nowa kurtka? – Anna, dzieci mogą jeszcze pochodzić w tych butach. – Słyszałam to codziennie. Nawet dzieci zaczęły pytać, dlaczego nie mogę im kupić nowego zeszytu do szkoły.

Czułam się coraz bardziej niewidzialna. Moja siostra, Magda, próbowała mnie pocieszać. – Musisz z nim porozmawiać. Nie możesz pozwolić, żeby tak cię traktowali. – Ale jak miałam rozmawiać, skoro Marek za każdym razem ucinał temat? – Przesadzasz, Aniu. Tata tylko chce nam pomóc. – A ja czułam, że z każdym dniem tracę siebie.

Najgorsze były weekendy. Wtedy cała rodzina spotykała się u teściów. Siedzieliśmy przy stole, a pan Jan rozdawał „kieszonkowe” na kolejny tydzień. – Anna, tu masz na zakupy. Marek, tu masz na paliwo. – Czułam się upokorzona. Jakbym była niepełnosprawna, niezdolna do samodzielnego życia.

Pewnego dnia, kiedy dzieci poprosiły mnie o lody, a ja nie miałam nawet drobnych, żeby im je kupić, pękłam. Zamknęłam się w łazience i płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez. – Co się ze mną stało? – pytałam siebie w lustrze. – Gdzie jest ta Anna, która kiedyś miała marzenia, która potrafiła walczyć o swoje?

Zaczęłam się wycofywać. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, bo nie miałam nawet na kawę. W pracy byłam coraz bardziej rozkojarzona. Szefowa, pani Teresa, zauważyła, że coś jest nie tak. – Aniu, wszystko w porządku? – zapytała pewnego dnia. – Tak, wszystko dobrze – skłamałam, bo przecież nie mogłam powiedzieć prawdy. Wstydziłam się.

Wieczorami leżałam w łóżku obok Marka i zastanawiałam się, czy to naprawdę jest moje życie. Czy naprawdę muszę prosić dorosłego faceta o pieniądze na podpaski? Czy naprawdę nie mam prawa decydować o własnych dzieciach?

Któregoś dnia, kiedy Marek wrócił z pracy, zebrałam się na odwagę. – Marek, musimy porozmawiać. – Spojrzał na mnie zniecierpliwiony. – O czym znowu? – O nas. O tym, że nie mogę tak żyć. – Anna, przesadzasz. – Nie, Marek. To ty przesadzasz. Ja już nie jestem sobą. Nie mam prawa do własnych pieniędzy, do własnych decyzji. – Anna, nie dramatyzuj. – Ale ja już nie mogłam przestać. – Jeśli nic się nie zmieni, odejdę. – Powiedziałam to cicho, ale stanowczo.

Marek zamilkł. Patrzył na mnie długo, jakby widział mnie pierwszy raz. – Naprawdę byś to zrobiła? – zapytał w końcu. – Tak. Bo nie chcę, żeby nasze dzieci widziały, że matka nie ma prawa głosu.

Następnego dnia rano Marek nie odezwał się do mnie ani słowem. Wyszedł do pracy, trzaskając drzwiami. Ja zostałam sama z dziećmi i z własnymi myślami. Zadzwoniłam do Magdy. – Nie wytrzymam dłużej. – To przyjedź do mnie. Przenocujesz, pogadamy.

Spakowałam kilka rzeczy, zabrałam dzieci i pojechałam do siostry. Tam, w jej małym mieszkaniu na Pradze, pierwszy raz od dawna poczułam się wolna. Magda zrobiła mi herbatę, dzieci bawiły się z jej synem. – Aniu, musisz zawalczyć o siebie. – Ale jak? – zapytałam. – Zacznij od małych kroków. Idź do psychologa. Porozmawiaj z prawnikiem. Masz prawo do własnego życia.

Przez kolejne dni Marek dzwonił, pisał, błagał, żebym wróciła. – Tata już nie będzie się wtrącał. Obiecuję. – Ale ja już nie wierzyłam w obietnice. Wiedziałam, że jeśli wrócę, wszystko wróci do starego.

Zaczęłam chodzić do psychologa. Rozmawiałam z prawnikiem. Dowiedziałam się, że mam prawo do połowy majątku, że mogę walczyć o alimenty. Powoli odzyskiwałam siłę.

Po miesiącu wróciłam do domu, ale już nie jako ta sama Anna. – Marek, jeśli chcesz, żebyśmy byli razem, musisz mnie szanować. Musisz pozwolić mi decydować o sobie. – Widziałam, że to dla niego trudne. Ale wiedział, że nie żartuję.

Dziś, po roku od tamtych wydarzeń, jestem inną kobietą. Nadal walczę o siebie, o swoje dzieci, o swoje prawo do decydowania. Marek się zmienił – powoli, nie bez oporu, ale widzi, że nie pozwolę już nikomu odebrać mi głosu.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: ile kobiet w Polsce żyje tak jak ja? Ile z nas boi się powiedzieć: dość? Może czas, żebyśmy zaczęły mówić głośniej? Co wy o tym myślicie? Czy wy też musiałyście walczyć o swoje życie?