ZAKAZANA MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ PRZEKLĘTA — „Poślę swatów”. A ja wróciłam do domu i usłyszałam wyrok.

— Co teraz będzie? — wyrwało mi się, zanim jeszcze zdążyłam złapać oddech. Stałam z Bogusławem przy drodze, pod latarnią, a śnieg skrzypiał tak głośno, jakby chciał nas wydać.

— A co? Poślę swatów. Czekaj — powiedział spokojnie. Jakby mówił o czymś prostym. Jakby nie wiedział, że u mnie w domu takie słowa potrafią rozpętać burzę.

Wróciłam wesoła. Za wesoła. I ta wesołość od razu mnie zdradziła.

— No mów! — pisnęła Ania, a Zosia już mnie ciągnęła do kuchni. — Znowu Bogusław?

— Cicho, bo mama usłyszy — szepnęłam, ale sama się uśmiechałam. Nie umiałam inaczej.

Opowiedziałam im wszystko: jak podał mi rękę, jak patrzył, jak powiedział, że nie będzie się bawił w ukradkowe spotkania. Że „przyjdzie jak człowiek”. Że swaty.

Zosia spoważniała.

— Ola… ty wiesz, co mama mówi o ich rodzinie.

Wiedziałam. Cała wieś wiedziała. U nas nie liczyło się, jaki on jest dla mnie. Liczyło się, „czy wypada”. Czy nie będzie gadania. Czy ojciec nie straci twarzy.

Nie zdążyłam nawet zdjąć butów, kiedy mama stanęła w drzwiach kuchni. Jakby czekała.

— Skąd wracasz? — zapytała cicho.

— Z… spaceru.

— Ze spaceru z Bogusławem? — Jej głos był już twardy. — Ania, Zosia, do pokoju.

Siostry zniknęły, ale zostało po nich to ciężkie milczenie, które wchodzi pod skórę.

— Mamo, ja go kocham — powiedziałam szybko, zanim zabraknie mi odwagi.

Mama aż przymknęła oczy. Jakby ją zabolało.

— Nie będziesz mi tu o miłości opowiadać. Ty masz obowiązki. Dom. Ojca. I nie będziesz się wiązać z kimś, kto… — urwała. — Wiesz.

— Wiem tylko, że jest dobry. Że mnie szanuje.

— Szacunek? — weszła w słowo. — A ludzie? A to, co powiedzą? My tu żyjemy, Ola, nie w bajce.

Wtedy wszedł ojciec. Nie musiał pytać. Wystarczyło, że spojrzał na moją twarz.

— To prawda? — rzucił.

— Tak. I on chce przyjść z swatami — powiedziałam, jakbym wypowiadała zaklęcie, które ma mnie ocalić.

Ojciec uderzył dłonią w stół tak, że szklanki zadzwoniły.

— Do mojego domu on nie wejdzie. Słyszysz? Nie.

— Dlaczego?! — głos mi pękł. — Bo co, bo ludzie będą gadać? Bo „tak się nie robi”?

— Bo ja tak mówię! — krzyknął. — I koniec.

Mama podeszła bliżej. Zobaczyłam w jej oczach strach, nie tylko złość.

— Ola, proszę cię. Nie rób nam tego. Ojciec jest po zawale, a ty chcesz… — zawiesiła głos, jakby to była moja wina już teraz. — Chcesz nas wykończyć?

To było jak nóż. W Polsce takie zdania ważą więcej niż uczucie. „Nie rób nam wstydu”. „Nie dokładaj ojcu”. „Pomyśl o rodzinie”.

— A kto pomyśli o mnie? — wyszeptałam.

— Ty masz myśleć o rodzinie — odparł ojciec. — Bo rodzina jest pierwsza.

Wyszłam na podwórko, trzęsąc się z zimna i z bezsilności. Wyciągnęłam telefon. Palce miałam sztywne.

— Bogusław? — powiedziałam, kiedy odebrał.

— No i jak? — zapytał ciepło.

— Nie przychodź. — Przełknęłam łzy. — Oni cię nie wpuszczą.

Zapadła cisza.

— Ola, ja nie odpuszczę — powiedział po chwili, już bez tego spokoju. — Przyjdę. Porozmawiam z twoim ojcem.

— On cię upokorzy — wyrzuciłam z siebie. — A potem… potem ja zostanę tu sama.

— To chodź ze mną.

Serce mi stanęło.

— Zwariowałeś? — syknęłam. — Wiesz, co będzie? Mama mnie przeklnie. Ojciec mnie wyrzuci. Wieś mnie zje.

— A ty? — zapytał cicho. — Czego ty chcesz?

Chciałam krzyczeć, że chcę jego. Że chcę normalnie żyć. Że mam dość bycia „grzeczną Olą”. Ale zza okna zobaczyłam sylwetkę mamy. Stała i patrzyła, jakby pilnowała, czy jeszcze jestem „ich”.

— Ja… nie wiem — skłamałam.

W nocy Ania wsunęła się do mojego łóżka.

— Ola, nie płacz — szepnęła. — Jak ty odejdziesz, to oni nas tu zamkną na klucz.

— Ja nie chcę odejść — odpowiedziałam. — Ja chcę, żeby mnie kochali i żeby mi pozwolili.

Rano ojciec siedział przy stole z różańcem w dłoni. Mama już była ubrana, jak do kościoła.

— Dzisiaj nigdzie nie idziesz — oznajmiła.

— Mamo, ja mam pracę…

— Masz rodzinę — ucięła.

I wtedy zrozumiałam, że to nie jest tylko o Bogusławie. To jest o tym, czy mam prawo mieć swoje życie, kiedy wszyscy dookoła mówią, że moje życie należy do nich.

Wieczorem znów zadzwonił.

— Ola, czekam na ciebie przy przystanku. Piętnaście minut. — Jego głos drżał.

Patrzyłam na drzwi. Na buty w przedpokoju. Na śpiące siostry. Na mamę, która udawała, że nie płacze.

— Jeśli wyjdę, to już nie wrócę tak samo — powiedziałam.

— Jeśli nie wyjdziesz, to też nie wrócisz do siebie — odpowiedział.

Stałam w ciszy, a w tej ciszy słyszałam całą wieś. Wszystkie „co ludzie powiedzą”. Wszystkie „taka ładna dziewczyna, a tak się stoczyła”. Wszystkie „rodzice ją wychowali, a ona…”.

Włożyłam kurtkę. Zdjęłam ją. Włożyłam znowu.

I do dziś pamiętam, jak serce potrafi boleć, kiedy wybór jest między miłością a rodziną.

Czy wy też kiedyś staliście w progu własnego życia, trzymając za klamkę i bojąc się, że jedno pociągnięcie zniszczy wszystko? A może czasem to właśnie brak odwagi niszczy najbardziej?