W poczekalni pachniało lizolem, a mój pies szarpał smycz, kiedy zrozumiałam, że nie mam już dokąd wrócić
Wyrwałam mu z pyska kawałek zakrwawionej gazy, zanim zdążył ją połknąć, i szarpnęłam smycz tak mocno, że poczułam pieczenie w dłoni. W poczekalni pachniało lizolem i mokrymi kurtkami, a zza drzwi gabinetu dobiegał metaliczny stuk narzędzi. Pies, którego jeszcze nie umiałam nazwać „moim”, dyszał mi pod kolanami i trząsł się jakby z zimna albo strachu. Wtedy zadzwoniła Marta i powiedziała to jedno zdanie, po którym świat zrobił się za wąski, a ja nie wiedziałam, gdzie mamy wrócić.
Siedziałam na plastikowym krześle w przychodni na Łazarzu w Poznaniu, wciśnięta między kobietę z reklamówką z Biedronki a mężczyznę, który kaszlał w rękaw. Na tablicy świeciło „NFZ”, a w powietrzu mieszał się zapach środków do dezynfekcji z kwaśną wonią mokrych butów. Miałam wizytę kontrolną, bo od miesięcy budziłam się z ciężarem w klatce i z uczuciem, że nie ma po co wstawać. Lekarka mówiła o wypaleniu, o depresji, o tym, że „trzeba się zaopiekować sobą”. Nie umiałam. Po rozwodzie nauczyłam się tylko zaciskać zęby.
Marta zadzwoniła, kiedy na ekranie wyświetliło się moje nazwisko. „Mamo, jutro wyjeżdżamy, twoje mieszkanie i samochód już sprzedałam. Potrzebowaliśmy pieniędzy. Cześć!” – wyrzuciła z siebie tak, jakby mówiła o rachunku za prąd. Przez sekundę myślałam, że to kiepski żart. Potem poczułam, jak krew odpływa mi z palców. Przycisk w telefonie był śliski od potu.
Nie krzyczałam. Nie miałam siły. Zamiast tego spojrzałam w dół, na psa, który wcisnął nos w moją torebkę i szukał czegoś do jedzenia. Miał szorstką sierść, w kolorze mokrego piasku, i jedno ucho zawsze mu opadało. Nie był rasowy. Był z tych, które w schronisku opisuje się jako „mieszaniec, średni, energiczny”. Wzięłam go tydzień wcześniej, w najgorszym momencie, kiedy przestałam odbierać telefony i zaczęłam przesiadywać w kuchni w płaszczu.
Wzięłam go nie z miłości. Wzięłam go, bo sąsiadka z klatki, pani Irena, przyprowadziła go na smyczy i powiedziała: „On tu stoi pod Żabką trzeci dzień. Ktoś go zostawił. Jak go nie weźmiesz, to go straż miejska zabierze, a tam różnie bywa”. Pies patrzył na mnie, a jego oddech pachniał karmą i czymś kwaśnym, jakby długo nie jadł normalnie. Zrobiło mi się niedobrze, ale też poczułam złość. Na ludzi, na Martę, na siebie.
Pierwsza nieodwracalna decyzja przyszła wtedy, zanim zdążyłam ją nazwać. Wpuściłam go do mieszkania, mimo regulaminu wspólnoty, gdzie wisiała kartka o zakazie trzymania zwierząt powyżej „małych”. Miałam w głowie obraz administratorki, która zawsze patrzyła jak na intruza. Weszliśmy do mojego M-3, które pachniało starym olejem z patelni i kurzem. Pies obwąchał każdy kąt, a potem położył się przy drzwiach, jakby pilnował, żebym nie wyszła i nie zniknęła.
Potem zaczęły się schody. Rano musiałam z nim wyjść, choć padał deszcz ze śniegiem i wiatr wciskał się pod szalik. Na chodnikach leżała szara breja, a w powietrzu czuć było dym z pieców z okolicznych kamienic. Ja, która przez tygodnie nie wychodziłam dalej niż do śmietnika, nagle stałam o szóstej pod blokiem i zbierałam wstyd w woreczek. Byłam wściekła. Na niego, że muszę. Na siebie, że nie umiem odmówić.
Z czasem jego ciężar stał się znajomy. Kiedy w nocy budziłam się z przyspieszonym sercem, czułam przy łydce jego ciepło. Przesuwałam dłonią po jego karku. Sierść była twarda, miejscami jakby przerzedzona. On oddychał równo, z cichym świstem, i to mnie uspokajało bardziej niż wszystkie rady z internetu. Raz przyłożyłam ucho do jego boku. Usłyszałam szybkie, pewne bicie serca. Jak metronom, który mówił: „żyj”.
Dzień w przychodni, ten z telefonem Marty, rozciął to wszystko jak nożem. Kiedy skończyłam rozmowę, ręce mi drżały. Pies wcisnął pysk w moją dłoń, jakby chciał wylizać pot. Jego język był szorstki i ciepły. Wtedy poczułam, że nie mogę się rozpaść. Nie przy nim.
Wróciłam do domu tramwajem, bo samochód i tak „już sprzedała”. W wagonie pachniało mokrym plastikiem i perfumami jakiejś dziewczyny. Pies stał między moimi nogami, napinał smycz i co chwilę podnosił łeb. Ludzie patrzyli krzywo. Ktoś mruknął, że „psów się nie wozi”. A ja miałam ochotę odpowiedzieć, że mój pies jest jedynym, który mnie jeszcze nie okradł.
Wieczorem zadzwoniłam do Marty jeszcze raz. Nie odebrała. Napisałam SMS: „To jest przestępstwo”. Kiedy wysłałam, poczułam strach jak zimny kamień w żołądku. Moja córka. Moje dziecko. A jednak.
Następnego dnia przyszło pismo od administracji. Ktoś doniósł, że mam psa. „Prosimy o usunięcie zwierzęcia w terminie 7 dni”. Wspólnota, regulamin, paragrafy. Przeczytałam to na klatce schodowej, gdzie pachniało smażoną cebulą z mieszkania obok. Pies oparł się o moje kolano, a ja poczułam jego ciężar. Przez chwilę pomyślałam, że oddam go do schroniska. Że tak będzie najłatwiej.
Ale wtedy przypomniałam sobie jego oczy pod Żabką. I to, jak w nocy dotykał mnie łapą, kiedy zaczynałam płakać bez powodu. Druga nieodwracalna decyzja przyszła cicho. Powiedziałam na głos, do pustej klatki: „Nie oddam cię”. I wiedziałam, że jeśli trzeba, to ja się wyniosę.
Nie miałam pieniędzy. Po rozwodzie żyłam z pensji z księgowości w małej firmie, a ostatnio brałam L4, bo nie dawałam rady. Weterynarz kosztował. Szczepienia kosztowały. Kiedy pies zaczął kulać po jednym spacerze, poszłam z nim do gabinetu na Głogowskiej. W środku pachniało sierścią, jodem i karmą. Lekarz powiedział: „Stare naderwanie, trzeba RTG”. Podał kwotę, która dla mnie była jak rachunek za miesiąc jedzenia.
Wyszłam z gabinetu i usiadłam na schodku. Pies położył łeb na moim udzie. Czułam, jak jego oddech ogrzewa mi spodnie. Pomyślałam wtedy, że to ja jestem odpowiedzialna. Nie Marta. Nie pan z administracji. Ja.
Zadzwoniłam do pani Ireny. Poprosiłam o pożyczkę. To było upokarzające. Całe życie byłam „tą, co sobie radzi”. Pani Irena westchnęła i powiedziała: „Przynieś jutro, mam trochę odłożone. Ale ty też musisz coś zrobić ze sobą”. To był pierwszy raz od dawna, kiedy ktoś mówił do mnie jak do człowieka, a nie jak do problemu.
Pies stał się też mostem do konfliktu, którego nie chciałam dotykać. Marta w końcu oddzwoniła. Mówiła szybko, nerwowo. Że jej mąż stracił pracę. Że kredyt. Że „mamo, ty i tak nie jeździłaś autem”. Usłyszałam w tle płacz mojego wnuka. I wtedy pies zaczął szczekać, bo ktoś na korytarzu trzaskał drzwiami. Ten szczek był jak alarm. Jakby mówił: „Nie daj się zagadać”.
Trzecia nieodwracalna decyzja urodziła się z tego szczekania i z mojego wstydu. Poszłam na komisariat na ul. Kochanowskiego i złożyłam zawiadomienie. Ręce mi się trzęsły, kiedy podpisywałam protokół. Policjant mówił spokojnie, ale ja słyszałam tylko szum krwi w uszach. Pies leżał przy moich nogach, ciężki i ciepły, i co chwilę dotykał mnie łapą. To mnie trzymało w pionie.
Nie było ulgi. Była pustka i mdłości. W domu nie mogłam oddychać. W nocy śniły mi się drzwi, których nie mogę otworzyć, i Marta, która odwraca wzrok. Pies budził się, dyszał, chodził po pokoju. Czułam zapach jego mokrej sierści, gdy wracaliśmy z wieczornego spaceru w mrozie. Mróz szczypał w policzki, a latarnie robiły na śniegu żółte plamy. Było cicho, tylko gdzieś daleko jechał nocny autobus.
I wtedy przyszła kulminacja, której się nie spodziewałam. Pies zniknął.
Stało się to w sobotę, na osiedlowym skwerze. Zimny wiatr niósł zapach spalin i pieczonych kurczaków z budki. Ktoś odpalił petardę, choć nie było żadnego święta. Pies szarpnął się tak, że smycz wysunęła mi się z dłoni. Zanim zdążyłam krzyknąć, wbiegł między bloki. Zostałam z pustą ręką i z sercem, które waliło jak młot.
Biegałam po osiedlu w cienkiej kurtce. Śnieg sypał drobno, wchodził do butów. Wołałam, aż bolało gardło. Wstydziłam się łez, ale leciały same. W głowie miałam jedną myśl: jeśli go stracę, to już nic mnie nie zatrzyma. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo się przywiązałam, choć cały czas udawałam przed sobą, że to tylko obowiązek.
Zadzwoniłam do pani Ireny. Ona zadzwoniła do innych sąsiadów. Ktoś wyszedł z latarką. Ktoś inny przyniósł kiełbasę w reklamówce. Nagle ludzie, których mijałam latami bez słowa, biegali ze mną po podwórkach. Pies zrobił to, czego ja nie umiałam: wciągnął mnie w społeczność, nawet jeśli na chwilę.
Znaleźliśmy go przy śmietnikach, skurczonego, z podrapanym bokiem. Kiedy podbiegłam, nie rzucił się na mnie radośnie. Stał i trząsł się, a w jego oczach było coś dzikiego. Uklękłam w śniegu i objęłam go, mocno, aż poczułam pod palcami wystające żebra. On wcisnął pysk w moją szyję i zaczął oddychać szybko, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że żyje.
W domu musiałam go umyć. Woda w wannie parowała, a w łazience pachniało mokrym psem i mydłem. On stał cierpliwie, a ja drżałam ze zmęczenia. Potem owinęłam go ręcznikiem i poczułam, jak jego ciepło przechodzi na moje dłonie. Nie byłam bohaterką. Byłam kobietą po pięćdziesiątce, z długami i z sercem, które nie umiało już ufać.
Sprawa z Martą ciągnęła się miesiącami. Papierologia, wezwania, rozmowy. Biurokracja była jak mur. W pracy dostałam ultimatum: albo wracam na pełen etat, albo żegnają się ze mną. A ja już wiedziałam, że nie dam rady wrócić do tego samego. Pies potrzebował spacerów, leczenia, rutyny. Ja potrzebowałam terapii, choć wcześniej śmiałam się z tego w duchu.
Złożyłam wypowiedzenie. To była czwarta decyzja, też nieodwracalna. Przeszłam na tańszą pracę w małym biurze rachunkowym na pół etatu. Mniej pieniędzy, więcej oddechu. Szukałam też nowego lokum, bo z psem i po donosie nie miałam spokoju. W końcu wynajęłam małe mieszkanie na Dębcu, w starszym bloku, gdzie właściciel powiedział tylko: „Byle nie niszczył”. Kaucja bolała, transport rzeczy jeszcze bardziej. Pani Irena pomogła mi spakować kartony. Marta nie pomogła.
Nie nastąpił cud. Nie odzyskałam nagle wszystkiego. Z Martą rozmawiam rzadko. Czasem mam ochotę ją nienawidzić, a czasem tęsknię tak, że aż boli. Ale w moim nowym mieszkaniu, kiedy rano czuję zapach kawy i mokrej ziemi z podwórka po deszczu, pies czeka przy drzwiach. Dotykam jego karku, czuję pod palcami życie. On patrzy, jakby pytał: „Idziemy?”
I idziemy. Nawet kiedy mi się nie chce. Nawet kiedy w środku znów robi się ciemno. On nie rozwiązał moich problemów. On mnie zmusił, żebym przestała znikać.
Czy lojalność wobec własnego dziecka ma granice, jeśli ceną jest twoje zdrowie i godność? A jeśli odpowiedzialność za psa potrafi uratować człowieka, to komu tak naprawdę jesteśmy coś winni?