Przez cztery lata opłacaliśmy leki teściowej. Potem usłyszeliśmy, komu zapisze mieszkanie

— Mieszkanie zapiszę Markowi. On bardziej go potrzebuje — powiedziała teściowa, mieszając łyżeczką herbatę, jakby właśnie oznajmiła, że jutro będzie padać.

Stałam przy jej kuchennym stole z reklamówką pełną leków, za które chwilę wcześniej zapłaciłam czterysta osiemdziesiąt złotych. Paweł zamarł obok lodówki. Przez kilka sekund słyszałam tylko tykanie starego zegara i szuranie kapci sąsiadki na klatce.

— Mamo, powtórz — poprosił cicho.

— Marek ma długi. Komornik może mu wejść na pensję. Jak dostanie mieszkanie, to je sprzeda, spłaci wszystko i zacznie od nowa.

Poczułam, jak robi mi się gorąco. Od czterech lat to my robiliśmy jej zakupy, pranie i obiady. To Paweł brał wolne, kiedy miała badania w szpitalu. To ja myłam ją po operacji biodra, choć ze wstydu obie płakałyśmy. Marek w tym czasie dzwonił głównie przed wypłatą emerytury.

— A gdzie mama będzie mieszkać po sprzedaży? — zapytałam.

Teściowa wzruszyła ramionami.

— U was jest wolny pokój.

Nie odpowiedziałam. Ten „wolny pokój” był pokojem naszej córki, Zosi, która studiowała w Krakowie i wracała na weekendy. Krystyna dobrze o tym wiedziała.

W samochodzie Paweł uderzył dłonią w kierownicę.

— Nie wierzę. Po prostu nie wierzę.

— Ja wierzę — powiedziałam. — Marek znowu ją omotał.

— To moja matka.

— A ja jej nie obrażam. Mówię, co widzę.

Paweł odpalił silnik, ale nie ruszył. Oparł czoło o kierownicę. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, że płacze.

Marek był młodszym synem i od zawsze „miał trudniej”. Kiedy nie zdał matury, winny był nauczyciel. Gdy stracił pracę, kierownik się uwziął. Potem były chwilówki, zakłady i pożyczki od znajomych. Krystyna spłacała, tłumacząc, że matka nie zostawia dziecka w biedzie. Paweł nie dostawał nic, bo przecież „sobie radził”.

Tyle że my też ledwo sobie radziliśmy. Rata kredytu rosła, samochód wymagał naprawy, a Zosi trzeba było opłacić akademik. Przez leki Krystyny kilka razy odkładaliśmy wizytę Pawła u dentysty. Ja brałam dodatkowe zmiany w sklepie. Nikt nawet nie zapytał, czy nas na to stać.

Dwa dni później Marek przyszedł do naszego domu bez zapowiedzi.

— Nie róbcie afery o cudze mieszkanie — rzucił od progu. — Mama może zrobić, co chce.

— Oczywiście — odpowiedziałam. — Ale nie może sprzedać mieszkania, a potem uznać, że my mamy ją utrzymywać.

— Rodzinie się pomaga.

Zaśmiałam się. Nie powinnam, ale naprawdę nie wytrzymałam.

— Ty nam mówisz o rodzinie?

Marek podszedł bliżej. Pachniał papierosami i mocnymi perfumami.

— Uważaj, bo nie jesteś jej córką.

Paweł stanął między nami.

— Wyjdź.

— Bronisz jej przeciwko własnemu bratu?

— Brata nie widziałem przy łóżku mamy ani razu. Za to widziałem przelewy na twoje konto.

Marek trzasnął drzwiami tak mocno, że z półki spadła ramka ze zdjęciem komunijnym Zosi.

Wieczorem pokłóciliśmy się z Pawłem. On chciał nadal jeździć do matki, bo bał się, że przestanie brać leki. Ja powiedziałam, że nie dam już ani złotówki.

— Czyli mam ją zostawić? — krzyknął.

— Nie. Masz przestać ratować wszystkich kosztem nas!

Spał wtedy na kanapie. Ja leżałam w sypialni i czułam się winna, choć wiedziałam, że mówię prawdę. Najgorsze było to, że Krystyna nie widziała w swoim planie żadnej krzywdy. Dla niej Marek był biednym chłopcem, mimo że miał czterdzieści trzy lata.

Po tygodniu pojechaliśmy do niej razem. Paweł położył na stole rozpiskę leków, numer do przychodni i informację o usługach opiekuńczych z ośrodka pomocy społecznej.

— Będę przyjeżdżał dwa razy w tygodniu — powiedział. — Pomogę w nagłych sprawach. Ale nie będziemy płacić za leki ani oddawać pokoju Zosi. Jeśli przepiszesz mieszkanie Markowi, to on przejmuje resztę odpowiedzialności.

Krystyna zacisnęła usta.

— Czyli własna rodzina mnie porzuca.

— Nie, mamo — odpowiedział Paweł. — Pierwszy raz stawiam granicę.

Wyszliśmy w ciszy. Na schodach złapał mnie za rękę, mocno, jakby bał się, że mnie też straci.

Do dziś nie wiem, czy postąpiliśmy dobrze. Czy opieka nad rodzicem powinna być obowiązkiem bez żadnych granic, nawet kiedy ten rodzic świadomie wykorzystuje jedno dziecko, żeby ratować drugie?