Moja siostra nie oddała nam 18 tysięcy. Przy urodzinowym stole powiedziała mojej żonie, że „bez dzieci pieniądze nie są jej potrzebne”
— Marta, kiedy oddasz nam te osiemnaście tysięcy? — zapytała Ewa, odkładając widelec obok talerzyka z sernikiem.
W pokoju zrobiło się tak cicho, że usłyszałem tykanie zegara wiszącego nad kredensem. Mama świętowała sześćdziesiąte urodziny. Na stole stały półmiski z sałatką, zimnymi nóżkami i resztkami pieczonego schabu. Jeszcze chwilę wcześniej wszyscy śmiali się z historii taty, a teraz moja siostra patrzyła na moją żonę, jakby dostała w twarz.
— Słucham? — syknęła Marta.
Ewa pobladła, ale nie spuściła wzroku.
— Minął rok. Umawiałyśmy się na trzy miesiące. Potrzebujemy tych pieniędzy.
Pożyczyliśmy Marcie oszczędności przeznaczone na leczenie Ewy. Moja siostra miała zaległości za lokal, w którym prowadziła salon fryzjerski. Płakała wtedy w naszej kuchni, przysięgała, że odda wszystko po sezonie komunijnym. Ewa zrobiła przelew jeszcze tego samego wieczoru.
Przez kolejne miesiące Marta wrzucała zdjęcia z wyjazdu do Zakopanego, kupiła nowy telefon, urządziła córce wystawne urodziny. Gdy pytaliśmy o dług, odpowiadała, że „teraz jest ciężko” albo zmieniała temat.
Nie spodziewałem się jednak tego, co powiedziała przy całej rodzinie.
— A na co wam tak pilnie? — Marta zaśmiała się nerwowo. — Dzieci nie macie, mieszkanie wynajmujecie, nawet porządnej pracy nie potrafisz utrzymać. Tylko siedzisz po tych lekarzach i wymyślasz kolejne badania.
Ewa znieruchomiała. Wiedziałem, ile kosztuje ją każde pytanie o dzieci. Trzy poronienia, zabieg, miesiące zastrzyków i noce, podczas których płakała cicho w łazience, żeby mnie nie obudzić.
— Marta, przestań — powiedziałem.
— Nie, niech wszyscy usłyszą! — krzyknęła. — Ona zawsze uważała się za lepszą. Bo studia skończyła, bo mówi spokojnym głosem, bo niby taka rozsądna. A sama co osiągnęła? Nawet rodziny nie umie stworzyć.
Ewa wstała. Krzesło zaskrzypiało po panelach.
Mama zakryła usta dłonią, ale nic nie powiedziała. Tata patrzył w talerz. Najbardziej bolało mnie właśnie to milczenie. Jakby wszyscy uznali, że skoro Marta krzyczy najgłośniej, to ma prawo.
— Pożyczyłam ci pieniądze, kiedy błagałaś mnie o pomoc — powiedziała Ewa drżącym głosem. — Nie kupiłam sobie płaszcza. Odwołałam wizytę w klinice. A ty mówisz mi, że nie zasługuję na zwrot, bo nie mam dziecka?
— Nie przekręcaj moich słów.
— Właśnie to powiedziałaś.
Marta zerwała się i przewróciła kieliszek. Czerwone wino rozlało się po białym obrusie mamy.
— Zazdrościsz mi! — wrzasnęła. — Mam córkę, własny salon i męża, który zarabia normalne pieniądze. Dlatego mnie ścigasz o każdą złotówkę!
Wtedy coś we mnie pękło.
— Ten salon nadal istnieje dzięki Ewie — powiedziałem. — A ty od roku żyjesz za nasze pieniądze i jeszcze ją poniżasz.
Marta spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Chyba była pewna, że jak zawsze ją usprawiedliwię. Od dzieciństwa wszyscy to robiliśmy. Marta miała trudny charakter, Marta była nerwowa, Marcie trzeba ustąpić.
— Czyli wybierasz ją zamiast rodziny? — zapytała.
— Ewa jest moją rodziną.
Wyszliśmy bez pożegnania. W samochodzie Ewa siedziała sztywno, ściskając pasek torebki. Dopiero pod blokiem rozpłakała się tak, że nie mogła złapać oddechu.
— Może naprawdę nie powinnam pytać przy stole — wyszeptała.
— Powinnaś była zapytać dużo wcześniej.
Marta oddała pieniądze dopiero po piśmie od prawnika, w sześciu ratach. Do każdej dołączała złośliwy tytuł przelewu: „dla biednych”, „na kolejne badania”, „żebyście dali mi spokój”. Mama namawiała mnie, żebym przeprosił siostrę dla świętego spokoju. Odmówiłem.
Od tamtych urodzin minęły dwa lata. Nie jeździmy razem na święta, nie dzwonimy do siebie. Ewa usunęła numer Marty i powiedziała, że pieniądze odzyskała, ale zaufania już nie chce odzyskiwać.
Czasem zastanawiam się, czy jedno pytanie naprawdę rozbiło naszą rodzinę. A może tylko odsłoniło coś, co od dawna było zepsute — i czego wszyscy baliśmy się nazwać?