Mąż powiedział, że „tylko siedzę w domu”. Zostawiłam go samego z synkiem na kilka godzin

— Znowu nie ma obiadu? Przecież ty cały dzień tylko siedzisz w domu.

Paweł powiedział to, zdejmując buty w przedpokoju. Ja stałam przy zlewie z mokrą plamą po mleku na bluzce, a nasz dziesięciomiesięczny Staś wył w krzesełku. Na podłodze leżał rozsypany ryż, pralka pikała od pięciu minut, a w łazience czekała pielucha, której nawet nie zdążyłam wyrzucić.

Spojrzałam na męża i poczułam, że coś we mnie pęka.

— Tylko siedzę?

— Nie zaczynaj, Marta. Jestem zmęczony po pracy.

— A ja nie jestem?

Westchnął. Tym swoim westchnieniem, które mówiło, że przesadzam, zanim jeszcze otworzyłam usta.

— Ty przynajmniej jesteś u siebie. Możesz odpocząć, kiedy mały śpi.

Staś od tygodni spał w dzień po dwadzieścia minut. W tym czasie myłam butelki, rozwieszałam pranie albo jadłam zimną kromkę nad zlewem. Paweł tego nie widział. Widział tylko nieugotowany obiad i zabawki pod kanapą.

Następnego ranka obudził mnie płacz synka. Paweł odwrócił się do ściany.

— Weź go, bo za godzinę muszę wstać.

Patrzyłam na jego plecy i nagle podjęłam decyzję. Nie mądrą, może nawet dziecinną, ale wtedy jedyną, na jaką było mnie stać.

W sobotę położyłam na stole kartkę: „W lodówce jest zupka. Pieluchy w komodzie. Wrócę wieczorem”. Paweł pił kawę i przeglądał telefon.

— Dokąd idziesz?

— Posiedzieć.

— Marta, o co ci znowu chodzi?

Założyłam kurtkę. Ręce mi drżały.

— Przecież opieka nad Stasiem to nic trudnego.

Wyszłam, zanim zdążył odpowiedzieć.

Nie miałam żadnego planu. Wsiadłam do autobusu i pojechałam do centrum. Kupiłam najtańszą kawę, usiadłam przy oknie i przez pierwsze pół godziny patrzyłam w jeden punkt. Czułam ulgę, ale też potworne wyrzuty sumienia. Co chwilę sprawdzałam telefon.

Pierwszy telefon przyszedł po czterdziestu minutach.

— Gdzie jest czyste body?

— W komodzie.

— Nie ma.

— Druga szuflada, pod pajacami.

Po godzinie zadzwonił ponownie.

— On nie chce jeść tej zupy.

— Może jest za gorąca.

— Nie jest. Wypluwa wszystko. Marta, wrócisz niedługo?

— Wieczorem.

Usłyszałam w tle płacz Stasia. Serce ścisnęło mi się tak mocno, że prawie wstałam. Zostałam jednak na miejscu. Chciałam choć raz dokończyć ciepłą kawę.

Potem przyszły wiadomości. „Gdzie są chusteczki?”. „Jak włączyć ten program w pralce?”. „Staś nie chce spać”. W końcu: „Nie daję rady”.

Te trzy słowa zabolały mnie bardziej, niż się spodziewałam. Ja nie dawałam rady od miesięcy, tylko nikt mnie o to nie pytał.

Wróciłam po sześciu godzinach. Już na klatce słyszałam płacz. Drzwi otworzył Paweł z rozczochranymi włosami. Na koszulce miał plamę z marchewki. W mieszkaniu pachniało przypalonym mlekiem. Pranie leżało mokre w bębnie, zlew był pełny, a Staś siedział na dywanie bez jednej skarpetki.

Paweł podał mi synka bez słowa. Staś wtulił twarz w moją szyję i natychmiast się uspokoił.

— Przepraszam — powiedział Paweł cicho.

Milczałam.

— Naprawdę nie wiedziałem. Myślałem, że… no, że jakoś sobie odpoczywasz w ciągu dnia.

— Mówiłam ci, jak jest.

— Wiem.

— Nie, Paweł. Nie wiedziałeś, bo nie chciałeś wiedzieć.

Usiadł przy stole i schował twarz w dłoniach.

— Będę robił więcej. Kąpiele, zakupy, weekendowe poranki. Ustalimy wszystko. Tylko nie patrz tak na mnie.

Nie krzyczałam. Byłam zbyt zmęczona. Patrzyłam na człowieka, którego kochałam, i próbowałam przypomnieć sobie, kiedy przestaliśmy być drużyną.

Od tamtej soboty Paweł rzeczywiście zaczął pomagać. Wstawał do Stasia, gotował, nauczył się nawet składać wózek bez przeklinania. Tyle że we mnie coś zostało. Każde jego „jestem zmęczony” przypominało mi tamte miesiące. Każda pochwała od teściowej, że jest takim zaangażowanym ojcem, paliła jak sól na ranie. Mnie nikt nie chwalił. Ode mnie po prostu tego oczekiwano.

Paweł przeprosił, ale czy jedno przepraszam może przykryć setki samotnych wieczorów? I czy da się odbudować bliskość, kiedy najpierw trzeba było zniknąć, żeby ktoś wreszcie zobaczył, że toniesz?