Odesłałam Syna z Chorym Wnukiem do Domu. Okazało się, że To Moja Wina

– Mamo, czy na pewno dasz sobie radę z Arturem? – Bartek patrzył na mnie z niepokojem, stojąc w przedpokoju z Martą, która już poprawiała płaszcz i zerkała na zegarek.

– Oczywiście, synku. Przecież to tylko kilka godzin. Idźcie, bawcie się dobrze, ja się wszystkim zajmę – odpowiedziałam, starając się ukryć lekkie zmęczenie. Artur siedział już na dywanie, układając klocki, a ja czułam, jak serce mi mięknie na jego widok. To mój jedyny wnuk, mój skarb.

Bartek i Marta wyszli, a ja usiadłam obok Artura. – Co chcesz robić, kochanie? – zapytałam, głaszcząc go po jasnych włosach.

– Babciu, mogę bajkę? – poprosił cicho. Zdziwiło mnie, że nie skacze po całym pokoju jak zwykle. Był jakiś osowiały, oczy miał lekko podkrążone. Przypomniałam sobie, że rano Bartek wspominał coś o lekkim kaszlu, ale przecież dzieci często kaszlą, prawda?

Włączyłam mu bajkę, a sama poszłam do kuchni zrobić herbatę. Słyszałam, jak Artur kaszle – suchy, męczący kaszel, który nie dawał mu spokoju. Zajrzałam do pokoju.

– Wszystko w porządku, skarbie?

– Trochę boli mnie gardło – wyszeptał. Podeszłam, dotknęłam jego czoła. Był lekko rozpalony, ale nie miał wysokiej gorączki. Dałam mu syrop, który zawsze miałam w apteczce, i przykryłam kocem.

– Odpocznij, zaraz poczujesz się lepiej – powiedziałam, choć w środku zaczynałam się niepokoić. Przypomniałam sobie, jak sama byłam młodą mamą i jak często lekceważyłam takie objawy. „Nie panikuj, Ewa” – powtarzałam sobie w myślach.

Wieczór mijał spokojnie, ale Artur coraz bardziej się rozkładał. Zasnęłam na chwilę w fotelu, a kiedy się obudziłam, zobaczyłam, że Artur leży skulony, cały spocony. Przestraszyłam się. Zmierzyłam mu temperaturę – 38,5. Zadzwoniłam do Bartka.

– Synu, Artur ma gorączkę. Może powinniście wrócić?

– Mamo, to tylko przeziębienie. Daj mu paracetamol, zaraz wrócimy – usłyszałam w słuchawce. Słyszałam w jego głosie irytację. Zawsze uważał, że przesadzam.

Kiedy wrócili, Marta spojrzała na mnie z wyrzutem. – Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? – spytała, biorąc Artura na ręce.

– Myślałam, że to nic poważnego… – zaczęłam się tłumaczyć, ale widziałam, że nie chcą słuchać. Zabrali Artura do domu, a ja zostałam sama, z poczuciem winy i niepokoju.

Następnego dnia rano zadzwonił Bartek. – Mamo, Artur ma 40 stopni gorączki. Jedziemy na SOR. – W jego głosie była złość i strach. – Dlaczego nie powiedziałaś, że jest aż tak źle?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez cały dzień nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Przypominałam sobie każdą minutę poprzedniego wieczoru, każde kaszlnięcie, każdy gest. Może powinnam była zadzwonić wcześniej? Może powinnam była od razu kazać im wracać?

Wieczorem zadzwoniła Marta. – Artur ma zapalenie płuc. Lekarze mówią, że trzeba było szybciej reagować. – Jej głos był zimny, oskarżycielski. – Nie wiem, czy jeszcze kiedyś ci go powierzymy.

Poczułam, jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Przez kolejne dni nie miałam kontaktu z Bartkiem ani Martą. Nie odbierali telefonów, nie odpisywali na wiadomości. Czułam się jak trędowata. Każdego dnia patrzyłam na zdjęcie Artura na komodzie i płakałam. Przypominałam sobie, jak biegał po moim ogrodzie, jak śmiał się, gdy robiliśmy razem pierogi. Teraz nie wiedziałam nawet, czy wyzdrowieje.

Po tygodniu Bartek przyszedł sam. Stał w drzwiach, blady, zmęczony.

– Mamo, musimy porozmawiać.

– Jak Artur? – zapytałam, ledwo powstrzymując łzy.

– Już lepiej. Ale Marta jest na ciebie wściekła. Uważa, że to twoja wina. – Spojrzał na mnie z wyrzutem. – Ja też nie rozumiem, dlaczego nie zadzwoniłaś od razu.

– Bałam się, że przesadzam… Nie chciałam wam psuć wieczoru… – tłumaczyłam się, ale wiedziałam, że to brzmi żałośnie. Bartek tylko pokręcił głową.

– Musisz zrozumieć, że Artur jest dla nas wszystkim. Nie możemy ryzykować.

Po tej rozmowie długo nie mogłam dojść do siebie. Czułam się winna, samotna, odrzucona. Przestałam wychodzić z domu, nie odbierałam telefonów od znajomych. Każda myśl krążyła wokół Artura. Czy wyzdrowieje? Czy jeszcze kiedyś pozwolą mi go zobaczyć?

Minęły dwa miesiące. W końcu zadzwoniła Marta. – Artur chce cię zobaczyć – powiedziała chłodno. – Ale tylko na chwilę.

Pojechałam do nich z bijącym sercem. Artur był już zdrowy, ale nie podbiegł do mnie jak dawniej. Patrzył niepewnie, jakby nie wiedział, czy może mi zaufać. Marta patrzyła na mnie z dystansem, Bartek był milczący.

Usiadłam obok Artura. – Wybacz mi, kochanie. Babcia nie chciała, żebyś był chory. – Głos mi się łamał.

Artur przytulił się do mnie, ale czułam, że coś się zmieniło. Że już nigdy nie będzie tak jak dawniej.

Wróciłam do domu i długo siedziałam w ciszy. Czy naprawdę mogłam zrobić coś inaczej? Czy każda babcia musi być idealna? Czy wy też kiedyś popełniliście błąd, który kosztował was tak wiele?