Syn już mierzył ściany w moim domu. Wtedy powiedziałam: „Nie wprowadzicie się tutaj”
— Tutaj wyburzymy tę ściankę, a wasz stół przesunie się pod okno — powiedziała Marta, przesuwając palcem po ekranie telefonu.
Stałam w drzwiach własnej kuchni z mokrą ścierką w ręku i przez chwilę nie rozumiałam, co słyszę. Mój syn Paweł mierzył taśmą przejście do salonu. Andrzej, mój mąż, przyglądał mu się w milczeniu.
— Jak to: wyburzymy? — zapytałam.
Marta nawet nie podniosła głowy.
— No, żeby było więcej miejsca. Przecież jak się wprowadzimy, będziemy tu wszyscy siedzieć.
„Jak się wprowadzimy”. Nie „jeśli się zgodzicie”. Nie „czy możemy”. Oni już wszystko ustalili.
Paweł zadzwonił tydzień wcześniej. Powiedział, że czynsz za wynajmowane mieszkanie znowu wzrósł, rata za samochód ich dobija, a po opłaceniu rachunków prawie nic nie odkładają. Chcieli zamieszkać u nas przez rok, najwyżej półtora, żeby zebrać wkład własny.
Rozumiałam ich. Naprawdę. Sama pamiętałam czasy, gdy liczyłam monety przy kasie i odkładałam zakup zimowych butów. Tylko że nasze „zastanowimy się” potraktowali jak zgodę.
— Pokój po Pawle trzeba odświeżyć — ciągnęła Marta. — Szafę wyrzucimy, biurko też. A ten mały pokój obok byłby idealny na garderobę.
W tym małym pokoju szyłam. Stała tam maszyna po mojej mamie, pudła ze zdjęciami i fotel, w którym piłam rano kawę. Po trzydziestu ośmiu latach pracy w szkolnej kuchni wreszcie miałam swój kąt.
— Niczego nie wyrzucicie — powiedziałam.
Paweł zwinął taśmę gwałtownym ruchem.
— Mamo, przecież nie będziemy mieszkać jak na biwaku.
— Jeszcze tu nie mieszkacie.
Zapadła cisza. Andrzej chrząknął, ale nadal się nie odezwał. I właśnie jego milczenie zabolało mnie najbardziej.
Wieczorem pokłóciliśmy się w sypialni.
— To nasz jedyny syn — syknął Andrzej. — Mamy trzy pokoje, a oni ledwo wiążą koniec z końcem.
— Mają dwa samochody, co tydzień zamawiają jedzenie i byli latem nad morzem.
— Teraz będziesz im wypominać każdy obiad?
Usiadłam na brzegu łóżka. Czułam się jak skąpa, zimna matka. Taka, o której potem mówi się przy świątecznym stole: mogła pomóc, ale nie chciała.
Przez kilka dni prawie nie spałam. Wyobrażałam sobie poranki w kolejce do łazienki, ich znajomych w salonie, cudze kosmetyki na półkach. Marta pracowała z domu, Paweł wracał późno. Wiedziałam, że „rok” może zmienić się w trzy lata. A gdybym poprosiła ich potem o wyprowadzkę, usłyszałabym, że wyrzucam własne dziecko.
W niedzielę przyjechali z katalogiem paneli. Marta położyła go obok mojego rosołu.
— Wybraliśmy jasny dąb. Paweł może zacząć remont w przyszłym miesiącu.
— Nie może — odpowiedziałam.
Andrzej spojrzał na mnie ostrzegawczo.
— Teresa, może spokojnie…
— Właśnie mówię spokojnie. Nie wprowadzicie się tutaj.
Marta odsunęła talerz. Paweł poczerwieniał.
— Czyli wolisz, żebyśmy płacili obcemu człowiekowi, zamiast pomóc rodzinie?
— Mogę pomóc inaczej. Mogę wam przez pół roku dokładać do czynszu. Ale nie oddam wam połowy domu i nie pozwolę przebudowywać kuchni, zanim w ogóle zapytacie mnie o zdanie.
— To też mój rodzinny dom! — krzyknął.
— Był twoim domem, kiedy byłeś dzieckiem. Teraz masz trzydzieści dwa lata i własne małżeństwo.
Ręce mi drżały pod stołem. Chciałam cofnąć te słowa, przytulić go i powiedzieć, że jakoś się pomieścimy. Ale wtedy Marta prychnęła:
— Wiedziałam, że pani Teresa zrobi problem.
Coś we mnie pękło.
— Problemem nie jest wasza sytuacja. Problemem jest to, że weszliście tutaj z miarką i planem remontu, jakby mnie już nie było.
Paweł wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę. Wyszli bez pożegnania. Rosół został na stole, a Andrzej przez godzinę się do mnie nie odzywał.
Dopiero wieczorem usiadł obok mnie.
— Mogłem cię poprzeć od początku — powiedział cicho. — Bałem się, że Paweł się obrazi.
— Ja też się bałam.
— Nadal się boisz?
Spojrzałam na mój mały pokój. Na maszynę mamy, zdjęcia i fotel przy oknie.
— Tak. Ale bardziej boję się zniknąć we własnym domu.
Paweł nie dzwoni od dwóch tygodni. Boli mnie to każdego dnia, lecz pierwszy raz od dawna nie przepraszam za to, że czegoś potrzebuję.
Czy matka ma obowiązek oddać dorosłemu dziecku swój spokój, żeby udowodnić, że je kocha? A może miłość czasem oznacza właśnie twarde „nie”?