Znalazłam w szufladzie wezwanie do zapłaty. Mąż wiedział o długu od miesięcy i nawet nie próbował znaleźć pracy

— Od kiedy o tym wiesz? — rzuciłam na stół pogniecioną kopertę z czerwonym napisem „OSTATECZNE WEZWANIE DO ZAPŁATY”.

Paweł nawet nie wstał z kanapy. Ściszył telewizor i spojrzał na mnie tak, jakbym przerwała mu coś naprawdę ważnego.

— Nie dramatyzuj, Marta. Jakoś to ogarniemy.

— Pytam, od kiedy wiesz.

— No… przyszło chyba miesiąc temu.

Usiadłam przy stole, bo nagle zrobiło mi się słabo. Trzy tysiące siedemset złotych zaległości za raty kredytu. Do tego nieopłacony gaz, składka na wycieczkę szkolną Kuby i debet, którego już nie miałam czym zasypać.

Pracowałam na pełny etat w księgowości niewielkiej hurtowni pod Radomiem. Wstawałam o piątej czterdzieści, robiłam kanapki, budziłam syna, sprawdzałam dziennik elektroniczny i biegłam na autobus. Po pracy zakupy, obiad na następny dzień, pranie, lekcje z Kubą. Paweł od jedenastu miesięcy „szukał czegoś odpowiedniego”.

Na początku mu współczułam. Zakład, w którym pracował, ograniczył zatrudnienie. Wierzyłam, że szybko coś znajdzie. Pomogłam mu przygotować życiorys, przeglądałam ogłoszenia, wysyłałam numery telefonów.

Zawsze było coś nie tak.

Za mała pensja. Za daleko. Zmiany nocne. Kierownik podobno niemiły już przez telefon. Magazyn odpadał, bo bolały go plecy. Praca na stacji paliw była „poniżej jego możliwości”.

— A moje możliwości? — zapytałam wtedy przy stole. — Myślisz, że marzyłam o liczeniu faktur po godzinach, żeby dostać trzysta złotych premii?

Paweł wzruszył ramionami.

— Ty przynajmniej masz stabilnie.

To zdanie zabolało bardziej, niż powinno. Jakby moja stabilność spadła z nieba. Jakbym nie siedziała wieczorami z kalkulatorem, zastanawiając się, czy zapłacić za prąd, czy kupić Kubie nowe buty.

Najgorsze było to, że Paweł nie przejął nawet domu. Zostawiał kubki przy kanapie, brudne talerze w zlewie. Kiedy prosiłam, żeby poszedł na zebranie do szkoły, mówił, że nie lubi „tych wszystkich matek i nauczycielek”.

Pewnego dnia zadzwoniła wychowawczyni Kuby, pani Kaczmarek.

— Kuba ostatnio jest wycofany. Zasnął dziś na lekcji. Powiedział też, że w domu często się państwo kłócą.

Stałam wtedy w toalecie w pracy, przyciskając telefon do ucha. Wstyd palił mnie w twarz. Obiecałam, że porozmawiam z synem.

Wieczorem znalazłam go pod kołdrą.

— Mamo, my stracimy mieszkanie?

Zamarłam.

— Skąd ci to przyszło do głowy?

— Tata mówił przez telefon, że komornik może wszystko zabrać.

Wyszłam z pokoju i zamknęłam drzwi. Paweł siedział przy komputerze.

— Powiedziałeś dziecku o komorniku?

— Nie jemu. Słyszał przypadkiem. Poza tym musi wiedzieć, że życie nie jest bajką.

Wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyczałam. To chyba przestraszyło go bardziej.

Położyłam przed nim kartkę. Spisałam wszystkie opłaty, raty i wydatki na jedzenie. Na dole dopisałam kwotę mojego wynagrodzenia. Brakowało prawie dwóch tysięcy miesięcznie.

— Masz dwa tygodnie — powiedziałam. — Bierzesz jakąkolwiek legalną pracę i zaczynasz zajmować się Kubą oraz domem. Albo składam pozew o rozwód.

Roześmiał się nerwowo.

— I co? Myślisz, że sama sobie poradzisz?

— Paweł, ja już jestem sama. Tylko dodatkowo utrzymuję dorosłego człowieka.

Nazajutrz powiedział o wszystkim swojej matce. Teściowa zadzwoniła do mnie z pretensjami.

— Mężczyznę trzeba wspierać, a nie dobijać. Rodzinę chcesz rozbić przez pieniądze?

— Nie przez pieniądze. Przez obojętność.

Rozłączyłam się, zanim zaczęła tłumaczyć, że Paweł „zawsze był wrażliwy”. Ja też byłam. Tylko nikt nie dawał mi prawa położyć się na kanapie na jedenaście miesięcy.

Dwa tygodnie minęły. Paweł wysłał jedno zgłoszenie, do firmy, o której wiedział, że wymaga uprawnień, których nie miał. Uznał, że spełnił warunek.

Spakowałam mu ubrania do dwóch dużych toreb. Ręce mi drżały, a Kuba płakał w swoim pokoju.

— Naprawdę mnie wyrzucasz? — Paweł patrzył na mnie z niedowierzaniem.

— Nie. Ja przestaję tonąć razem z tobą.

Zamieszkał u matki. Ja poszłam do prawniczki i złożyłam pozew o rozwód oraz zabezpieczenie alimentów. Nadal boję się rachunków. Nadal czasem płaczę w łazience, żeby Kuba nie widział. Ale w domu jest ciszej, a ja pierwszy raz od dawna potrafię przespać całą noc.

Czasem pytam siebie, czy powinnam była czekać dłużej. Tylko ile lat można dawać komuś szansę, zanim odbierze się ją samej sobie i własnemu dziecku?