Mama sprzedała mieszkanie, w którym mieszkaliśmy z małym dzieckiem. Kiedy się wyprowadziliśmy, nazwała mnie niewdzięcznym synem

— Macie sześć tygodni, żeby się wyprowadzić — powiedziała mama, mieszając herbatę tak spokojnie, jakby informowała nas, że w niedzielę będzie rosół.

Spojrzałem na Anię. Trzymała naszego ośmiomiesięcznego Kubę i zamarła z butelką mleka w dłoni.

— Jak to sześć tygodni? — zapytałem. — Przecież mówiłaś, że możemy tu mieszkać, dopóki nie staniemy na nogi.

Mama odłożyła łyżeczkę.

— A ja też mam prawo pożyć. Sprzedaję mieszkanie. Chcę mieć pieniądze na leczenie, wyjazdy i normalną emeryturę. Całe życie oszczędzałam na innych.

Mieszkanie należało kiedyś do moich dziadków. Po ich śmierci odziedziczyła je mama, a nam pozwoliła się wprowadzić. Płaciliśmy czynsz, rachunki i robiliśmy remonty. Wymieniłem instalację w łazience, Ania kupiła kuchenne szafki na raty. Nigdy jednak nie mieliśmy niczego na piśmie.

Nie mogłem powiedzieć, że mama nie miała prawa sprzedać własnego mieszkania. Miała. Bolało tylko, że podpisała umowę z pośrednikiem, zanim w ogóle z nami porozmawiała.

Znaleźliśmy kawalerkę na obrzeżach miasta. Dwadzieścia osiem metrów, jeden pokój, maleńka kuchnia i łazienka, w której kolanem dotykałem pralki. Właściciel zażądał kaucji, opłaty za pierwszy miesiąc i dodatkowo pieniędzy za umowę u notariusza. Pożyczyłem dwa tysiące od kolegi z pracy.

Pierwszego wieczoru siedzieliśmy między kartonami. Łóżeczko Kuby stało obok rozkładanej kanapy, a wózek blokował wejście do kuchni.

— Damy radę — powiedziałem.

Ania spojrzała na mnie zaczerwienionymi oczami.

— Ty zawsze tak mówisz, Marek. Tylko jakoś ja już nie mam czym dawać rady.

Szybko zaczęliśmy się dusić. Dosłownie i w przenośni. Kiedy Kuba zasypiał, nie mogliśmy zapalić światła. Gdy budził się w nocy, wszyscy byliśmy na nogach. Ania nie miała gdzie odpocząć, ja pracowałem po godzinach, żeby spłacić dług i odłożyć na większy lokal.

Kłóciliśmy się o wszystko. O mokre ręczniki. O nieumyte butelki. O to, kto wyniesie śmieci, skoro dziecko właśnie zasnęło. Raz Ania zamknęła się w łazience i płakała tak cicho, żebym nie słyszał. Słyszałem.

Mama tymczasem dzwoniła z nadmorskiego pensjonatu.

— Tu jest cudownie — mówiła. — Człowiek dopiero na starość rozumie, ile stracił.

Nie chciałem odbierać jej tej radości, ale patrzyłem wtedy na Anię śpiącą na skraju kanapy, z nogami podkurczonymi między torbą z pieluchami a stertą prania. Co miałem powiedzieć?

Pewnego wieczoru Ania położyła przede mną wydrukowane ogłoszenie. Trzy pokoje, stary blok, czwarte piętro bez windy. Czynsz wysoki, ale do udźwignięcia, jeśli zrezygnujemy z samochodu.

— Albo się przeprowadzimy, albo ja pojadę z Kubą do mojej mamy — powiedziała. — Kocham cię, ale tutaj przestaję być sobą.

Następnego dnia wystawiłem samochód na sprzedaż. Dwa tygodnie później podpisaliśmy umowę najmu.

Mama dowiedziała się od ciotki Grażyny. Zadzwoniła w niedzielę rano.

— Czyli już mnie nie potrzebujecie? — rzuciła bez przywitania.

— Mamo, potrzebujemy miejsca. Kuba rośnie, a my prawie się rozwiedliśmy.

— Przeze mnie, tak? Teraz wszystkim powiesz, że własna matka wyrzuciła cię na bruk?

— Nie powiedziałem tego.

— Ale tak myślisz.

Milczałem, a ona zaczęła płakać. Powiedziała, że sprzedała mieszkanie, bo bała się biedy i choroby. Że ojciec zostawił ją z długami, o których nigdy mi nie mówiła. Że chciała choć raz nie pytać nikogo, czy może kupić sobie lepsze buty albo pojechać do sanatorium.

Wtedy zrozumiałem jej lęk. Ale ona nie próbowała zrozumieć naszego.

— Rodzina powinna trzymać się razem — powiedziała.

— Właśnie dlatego się przeprowadzamy. Żeby moja rodzina się nie rozpadła.

Odłożyła słuchawkę. Przez trzy miesiące nie przyszła do wnuka. Na święta zostawiła prezent pod drzwiami i zeszła po schodach, zanim otworzyłem.

Dziś mieszkamy w większym mieszkaniu. Nadal liczymy każdą złotówkę, ale Ania znów się śmieje, a Kuba ma własny kąt. Z mamą rozmawiam rzadko. Każda rozmowa brzmi tak, jakbyśmy oboje czekali, kto pierwszy przeprosi.

Czy dorosły syn ma obowiązek poświęcić spokój własnej żony i dziecka, żeby matka nie poczuła się samotna? A może można mieć rację i mimo wszystko stracić rodzinę?