Syn bał się, co powiedzą sąsiedzi, a jego żona nie miała siły wstać z łóżka. Postawiłam mu warunek, którego długo mi nie wybaczał

— Babciu, tylko nie budź mamy. Jak wstaje, to płacze.

Sześcioletnia Zosia stała na taborecie i smarowała chleb masłem. Obok, na podłodze, trzyletni Antek jadł suche płatki prosto z pudełka. Była jedenasta. Oboje nadal mieli na sobie piżamy, a z pokoju Marty nie dochodził żaden dźwięk.

Odstawiłam torbę z zakupami. Ręce tak mi drżały, że słoik ogórków stuknął o kafelki.

— Tata wie, że nie byliście w przedszkolu?

Zosia wzruszyła ramionami.

— Mama miała nas zaprowadzić.

W sypialni pachniało nieprzewietrzoną pościelą. Marta leżała twarzą do ściany. Dotknęłam jej ramienia, a ona odruchowo się skuliła.

— Przepraszam — wyszeptała. — Zaraz wstanę.

To „zaraz” słyszałam od trzech miesięcy.

Najpierw przestała odbierać telefon. Potem zapominała o opłatach, zebraniach w przedszkolu, praniu. Wcześniej pamiętała nawet, które skarpetki uwierają Antka w palce. Teraz nie miała siły umyć włosów.

Mój syn, Piotr, na każdą uwagę odpowiadał tak samo:

— Jest zmęczona. Ja też jestem, tylko nie mogę leżeć cały dzień.

Pracował w hurtowni instalacyjnej, brał nadgodziny. Kredyt podrożał, Marta straciła pracę w biurze rachunkowym. Wiedziałam, że się boi pieniędzy. Ale coraz częściej mówił o żonie takim tonem, jakby była zepsutą pralką, na której naprawę go nie stać.

Przyznaję, na początku też pomyślałam: musi się trochę zebrać. Wstyd mi za to do dzisiaj.

Tamtego dnia zrobiłam dzieciom jajecznicę, wstawiłam pranie i zadzwoniłam do syna.

— Przyjedź po pracy. Musimy porozmawiać o Marcie.

— Tylko nie zaczynaj znowu.

— Ona potrzebuje lekarza.

Przez chwilę słyszałam wyłącznie szum magazynu.

— Psychiatry? Mamo, ludzie się dowiedzą. Ciotka Halina zaraz rozpowie całej rodzinie.

Patrzyłam na Zosię, która wycierała bratu mleko z brody.

— Twoja córka robi za dorosłą. A ty myślisz o ciotce?

Rozłączył się.

Wieczorem przyszedł naburmuszony. Marta wyszła z sypialni, kiedy podniósł głos.

— Mama uważa, że powinnaś się leczyć. Może jej powiesz, że po prostu potrzebujesz odpoczynku?

Stała w za dużej koszulce, trzymając się framugi.

— Ja już nie wiem, czego potrzebuję.

— No właśnie. Nikt nic nie wie, a ja mam za wszystko odpowiadać.

Marta cofnęła się do pokoju. Nawet nie trzasnęła drzwiami. Zamknęła je ostrożnie, jakby bała się jeszcze za dużo miejsca zająć.

Przez następne dwa tygodnie przychodziłam codziennie. Gotowałam, odbierałam dzieci, zostawiałam pojemniki z zupą. Piotr dziękował, a potem mówił, że chyba jest lepiej. Bo podłoga była umyta. Bo dzieci miały czyste ubrania.

To ja robiłam tę poprawę. Marta nadal znikała pod kołdrą.

Któregoś popołudnia usiadła przy mnie w kuchni.

— Myślałam, że mnie pani nie lubi — powiedziała.

— Dlaczego?

— Bo Piotr mówi, że pani też uważa mnie za leniwą.

Nie umiałam od razu odpowiedzieć.

— Źle oceniłam, co się z tobą dzieje. Przepraszam.

Rozpłakała się bez zasłaniania twarzy. Powiedziała, że rano słyszy dzieci, wie, że powinna wstać, ale samo postawienie nóg na podłodze wydaje jej się nie do wykonania. Że nienawidzi siebie za każdy taki dzień.

Zapytałam, czy zgodziłaby się porozmawiać z lekarzem.

— Tak. Tylko nie mam pieniędzy na prywatnie.

Sprawdziłam miejscowe centrum zdrowia psychicznego. Zadzwoniłam zapytać, jak uzyskać pomoc bez skierowania. Dopiero potem zadzwoniłam po Piotra.

Spotkaliśmy się na ławce przed blokiem.

— Albo pomożesz Marcie dostać leczenie, albo zabiorę dzieci na kilka dni do siebie i zwrócę się po wsparcie do pomocy społecznej. Nie będę już ukrywać, co się dzieje.

— Będziesz mnie szantażować własnymi dziećmi?

— Nie. Przestanę sprzątać tak, żebyś mógł udawać, że wszystko działa.

Zerwał się z ławki.

— Chcesz zrobić z nas patologię!

— Chcę, żeby twoja żona dostała pomoc. Ona już o nią poprosiła.

Usiadł z powrotem. Długo tarł dłonią kark.

— A jeśli powiedzą, że to przeze mnie?

— To posłuchasz. Tak jak ja musiałam posłuchać.

Na pierwszą konsultację pojechaliśmy razem, ale do gabinetu Marta weszła sama. Rozpoznano depresję. Dostała leczenie i propozycję dalszego wsparcia terapeutycznego. Nic nie naprawiło się od jednej wizyty.

Piotr zaczął odprowadzać dzieci. Ja przestałam pytać Martę, kiedy wróci do pracy. Czasem nadal nie wstawała na śniadanie. Czasem siedziała z nami dziesięć minut i to było wszystko.

Miesiąc później usłyszałam, jak syn mówi do niej w kuchni:

— Wierzę ci. Przepraszam, że tak późno.

Nie weszłam. Poszłam składać dziecięce pranie.

Wciąż żałuję, że musiałam postawić własnego syna pod ścianą. Ale czy spokój w rodzinie naprawdę jest spokojem, jeśli jedna osoba płaci za niego samotnym cierpieniem?