Mąż wywoził moje obiady i ciasta swojej mamie. Dopiero gdy zobaczyłam pustą brytfannę, powiedziałam: teraz gotujesz sam
— Zostaw tę torbę — powiedziałam, kiedy Piotr zdejmował z wieszaka kurtkę.
Spod niedomkniętego zamka wystawała pokrywka mojego największego pojemnika. W środku leżały gołąbki. Wszystkie. Te, które robiłam w piątek do wpół do jedenastej, żeby w sobotę nie stać przy kuchni.
— Mama czeka. Nie zaczynaj znowu.
Otworzyłam lodówkę. Zniknął też sernik na niedzielne urodziny naszej córki.
Usiadłam na taborecie, bo nagle zrobiło mi się słabo. Nie z żalu o sernik. Z tego, że on nawet nie uważał za potrzebne mi powiedzieć.
Mieszkaliśmy w Łodzi, jego mama w Kutnie. Od śmierci teścia Piotr jeździł do niej co drugą sobotę. Początkowo sama proponowałam, żeby coś zabrał. Pani Zofia po pogrzebie prawie nie jadła, więc pakowałam rosół, pierogi, kawałek ciasta.
Chciałam pomóc. Naprawdę.
Tylko że po kilku miesiącach moja pomoc stała się obowiązkiem, o którym nikt mnie nie poinformował.
Pracowałam w rejestracji przychodni. Po ośmiu godzinach telefonów i pretensji wracałam po zakupy, odbierałam Hanię ze świetlicy i gotowałam. Piotr wracał później, jadł, odkładał talerz do zlewu. Czasem pytał, czemu jestem taka naburmuszona.
A ja liczyłam. Nie tylko pieniądze, choć przy racie kredytu i opłatach każdy większy paragon bolał. Liczyłam wieczory, które miały być wolne, a kończyły się obieraniem ziemniaków, bo obiad na dwa dni właśnie pojechał do Kutna.
Raz wróciłam z Hanią od dentysty. Była głodna, znieczulenie puszczało, płakała. W garnku zostały dwie łyżki sosu.
— Przecież możesz zrobić jajecznicę — usłyszałam wtedy przez telefon.
Zrobiłam. Sobie nawet nie usiadłam podać. Jadłam przy blacie, zimną.
Tamtej soboty z sernikiem nie miałam już siły mówić spokojnie.
— To było na urodziny Hani.
Piotr zerknął na torbę.
— Upieczesz drugi. Tobie to szybko idzie.
— Bo nie widzisz, kiedy to robię.
Westchnął tak, jakbym urządzała awanturę o źle odłożone kapcie.
— Mamie też się coś należy od życia.
— A mnie?
Zamilkł, ale tylko na chwilę.
— Naprawdę będziesz jej żałować jedzenia?
To zabolało najbardziej. Nagle byłam skąpa. Niewdzięczna. Zła synowa. Wszystko, tylko nie zmęczona kobieta, której ktoś zabierał czas bez pytania.
Wyjęłam pojemniki z torby i postawiłam na stole.
— Od dzisiaj dla mamy kupujesz i gotujesz sam. Ja nie będę przygotowywać jej jedzenia.
Pojechał obrażony, z chlebem i wędliną kupionymi po drodze.
Wieczorem zadzwoniła teściowa.
— Piotruś mówił, że już nie chcesz mi pomagać.
Ścisnęłam telefon tak mocno, że rozbolały mnie palce.
— Nie chcę, żeby zabierał nasze posiłki bez pytania. Dzisiaj spakował tort… sernik Hani. Na jej urodziny.
Po drugiej stronie zrobiło się cicho.
— Myślałam, że pieczesz dwa. On zawsze mówił, że sama każesz mu brać.
Patrzyłam na okruszki na desce. Nawet nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Następnego dnia Piotr przyznał, że tak było wygodniej. Mama nie czuła się ciężarem, a on nie musiał słuchać odmowy. Mnie najwyraźniej słuchać nie musiał wcale.
Przez tydzień rozmawialiśmy głównie o Hani i rachunkach.
W kolejny piątek zapytał, jak robię gołąbki.
— Przepis jest w zeszycie. Zakupy też musisz zrobić.
Nie podpowiadałam z kanapy. Poszłam z córką do biblioteki. Kiedy wróciłyśmy, w kuchni pachniało przypaloną cebulą, a Piotr stał nad garnkiem w mokrej koszulce.
— Ta kapusta się rozrywa — powiedział.
— Wiem.
Spojrzał na zegarek.
— Trzy godziny już to robię. A jeszcze sos.
Pierwszy raz nie odpowiedziałam, że pomogę.
W sobotę zawiózł mamie własny obiad. Zabrakło mu czasu na ciasto. Później dowiedziałam się od niej, że zjadła gołąbki z chlebem i bardzo mu podziękowała.
Dopiero wieczorem usiadł obok mnie.
— Myślałem, że ty to jakoś przy okazji robisz.
Roześmiałam się, ale zaraz zaczęłam płakać. No i tak siedziałam, z chusteczką, wściekła nawet na te łzy.
— Ja nie mam żadnej „przy okazji”, Piotr. To wszystko jest mój czas.
Nie naprawiliśmy małżeństwa jedną rozmową. Spisaliśmy obowiązki na kartce. Teraz on robi większe zakupy, gotuje dwa razy w tygodniu i sam ustala z mamą, czego potrzebuje. Zdarza mu się pytać mnie, co kupić, stojąc już w sklepie. Odsyłam go do listy.
Ostatnio upiekłam szarlotkę. Piotr zapytał, czy może zabrać mamie dwa kawałki. Zapytał. Niby drobiazg, a poczułam ulgę.
Nadal lubię dla bliskich gotować. Tylko czy naprawdę musiałam odmówić, żeby ktoś wreszcie zobaczył, że za każdym gotowym obiadem stoję ja?