Kiedy telefon od własnej córki boli bardziej niż cisza – Moja historia o miłości, rozczarowaniu i granicach

– Mamo, potrzebuję pieniędzy. – Jej głos był cichy, niemal nieobecny, ale ja już wiedziałam, co usłyszę. Zanim jeszcze odebrałam telefon, poczułam to znajome ukłucie w żołądku. Kiedyś czekałam na każdy jej telefon z nadzieją, że powie: „Jak się masz? Tęskniłam.” Teraz każda rozmowa zaczyna się i kończy tak samo – prośbą o pomoc, o przelew, o ratunek.

Mam na imię Barbara. Mam 58 lat i mieszkam w niewielkim mieszkaniu na warszawskiej Pradze. Moja córka, Ania, wyprowadziła się ode mnie siedem lat temu. Miała wtedy 22 lata i wielkie plany na życie. Studiowała psychologię, chciała pomagać ludziom, zmieniać świat. Byłam z niej dumna – sama wychowywałam ją po śmierci męża, starałam się dać jej wszystko, czego potrzebowała. Może nawet za dużo.

Pamiętam dzień, kiedy Ania spakowała walizki. Stałam w drzwiach kuchni i patrzyłam, jak układa swoje rzeczy w torbie. – Będę dzwonić codziennie – obiecała wtedy z uśmiechem. – I będę wracać na obiady w niedzielę. – Wierzyłam jej. Chciałam wierzyć.

Pierwsze miesiące były trudne, ale pełne nadziei. Rozmawiałyśmy często. Opowiadała mi o uczelni, o nowych znajomych, o chłopaku, którego poznała na wykładzie z filozofii. Potem rozmowy stawały się coraz rzadsze. Zamiast opowieści słyszałam: „Mamo, masz może trochę pieniędzy? Wynajem jest drogi…”, „Mamo, muszę zapłacić za kurs…”, „Mamo, nie starcza mi do pierwszego…”

Zawsze dawałam. Przelewałam ostatnie oszczędności, czasem brałam pożyczki w pracy. Tłumaczyłam sobie: „To tylko na chwilę. Pomogę jej stanąć na nogi.” Ale ta chwila trwa już siedem lat.

Dziś, kiedy słyszę dźwięk telefonu i widzę jej imię na ekranie, serce mi zamiera. Zamiast radości czuję lęk i smutek. Bo wiem, że znów chodzi o pieniądze.

– Mamo, proszę… Wiem, że to trudne… Ale naprawdę nie mam już wyjścia…

Siedzę przy kuchennym stole i patrzę na swoje dłonie. Są zmęczone, popękane od pracy w sklepie spożywczym. Ostatnio coraz częściej boli mnie kręgosłup. Marzę o tym, żeby po prostu odpocząć – pojechać nad morze, posiedzieć w ciszy. Ale nie mogę sobie na to pozwolić.

– Aniu… – zaczynam niepewnie. – Wiesz, że cię kocham. Ale ja też mam swoje granice.

Po drugiej stronie zapada cisza. Słyszę jej oddech – szybki, nerwowy.

– Myślałam, że zawsze będziesz mnie wspierać – mówi w końcu z wyrzutem.

Czuję łzy pod powiekami. Chciałabym jej powiedzieć: „Wspieram cię całe życie! Oddałam ci wszystko!” Ale milczę. Bo wiem, że ona tego nie zrozumie.

Pamiętam rozmowę sprzed roku. Ania przyszła do mnie wieczorem – była roztrzęsiona, płakała. Powiedziała mi wtedy o długach u znajomych, o nieudanej pracy w kawiarni, o chłopaku, który ją zostawił i zabrał część oszczędności. Przytuliłam ją wtedy mocno i obiecałam: „Wszystko się ułoży.” Przelałam jej wtedy prawie całą swoją pensję.

Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Tylko długi rosną.

Czasem zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Czy za bardzo ją chroniłam? Czy powinnam była być twardsza? Może powinnam była pozwolić jej upaść wcześniej?

Ostatnio sąsiadka z dołu – pani Zofia – zapytała mnie: – Czemu tak rzadko widuję pani córkę? Dawniej przychodziła co tydzień…

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wstydziłam się przyznać, że Ania odwiedza mnie tylko wtedy, gdy potrzebuje pieniędzy.

W pracy koleżanki śmieją się czasem: – Ty to masz dobrze! Córka dorosła, sama sobie radzi! A ja tylko kiwam głową i udaję, że wszystko jest w porządku.

Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Myślę o Ani – gdzie jest teraz? Czy naprawdę nie potrafi żyć bez mojej pomocy? Czy może po prostu nie chce?

Kilka dni temu zadzwoniła do mnie po raz kolejny.

– Mamo… Potrzebuję tysiąca złotych na spłatę raty… Inaczej będę miała kłopoty…

Tym razem coś we mnie pękło.

– Aniu – powiedziałam cicho – nie mogę ci już pomagać w ten sposób. Musisz sama znaleźć rozwiązanie.

Usłyszałam krzyk:

– Więc teraz mnie zostawiasz?! Po tym wszystkim?!

Rozłączyła się bez pożegnania.

Siedziałam długo w ciszy. Czułam się winna i jednocześnie… wolna? Może pierwszy raz od lat postawiłam siebie na pierwszym miejscu?

Nie spałam całą noc. Rano znalazłam pod drzwiami kopertę – list od Ani.

„Mamo,
Nie rozumiem cię. Zawsze byłaś dla mnie wsparciem. Teraz czuję się sama jak nigdy wcześniej. Ale może masz rację… Może muszę nauczyć się radzić sobie sama.
Kocham cię.
Ania”

Czy można kochać dziecko i jednocześnie nauczyć się mówić 'dość’? Czy jestem złą matką, jeśli chcę zadbać także o siebie? Czasem myślę, że największą odwagą jest pozwolić ukochanej osobie dorosnąć – nawet jeśli boli to bardziej niż najgłębsza cisza.