Przez całe życie kochałam tylko jednego mężczyznę. Po śmierci męża zobaczyłam jego nekrolog i wszystko wróciło…

Oczy aż mnie zapiekły, gdy przeczytałam to imię. Michał. Michał Nowak. Czarna czcionka, nekrolog wśród innych, zwykły poranek, a ja poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko zbieżność – przecież Nowaków w Polsce nie brakuje – ale data urodzenia i miejsce rozwiały wszelkie wątpliwości. To był on. Mężczyzna, którego kochałam całe życie, choć nigdy nie miałam odwagi tego przyznać. Nawet przed samą sobą.

Siedziałam przy kuchennym stole, a obok leżała pusta filiżanka po kawie i zdjęcie mojego męża, Andrzeja. Zmarł dwa miesiące temu. Byliśmy razem trzydzieści lat. Dobre małżeństwo – tak mówili wszyscy. „Idealna para”, powtarzała mama na rodzinnych spotkaniach. A ja? Ja byłam dobrą żoną, matką, gospodynią. Tylko serce zawsze biło nieco szybciej na myśl o kimś innym.

Pamiętam ten dzień sprzed lat, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Michała na korytarzu liceum w Radomiu. Miał wtedy na sobie granatową koszulę i uśmiech, który rozświetlał nawet najbardziej szare popołudnia. Był duszą towarzystwa, zawsze otoczony ludźmi, a jednak potrafił spojrzeć tak, jakby widział tylko mnie. Zakochałam się od razu – głupio, naiwnie, całą sobą.

Ale życie nie jest bajką. Michał miał swoje plany, ja swoje obowiązki. Moja mama była chora, ojciec pił. Musiałam być odpowiedzialna. Michał wyjechał na studia do Warszawy, ja zostałam w Radomiu, żeby opiekować się mamą i młodszym bratem. Pisaliśmy do siebie przez jakiś czas – listy pełne marzeń i obietnic – ale potem wszystko ucichło.

Poznałam Andrzeja na weselu kuzynki. Był spokojny, opiekuńczy, miał pracę w urzędzie miasta i własne mieszkanie. Mama była zachwycona: „Wreszcie ktoś porządny!” – mówiła z ulgą. Wyszłam za Andrzeja z rozsądku, z wdzięczności za jego cierpliwość i czułość. Urodziła się nasza córka Ola, potem syn Tomek. Życie płynęło zwyczajnie: praca, dom, dzieci, wakacje nad Bałtykiem.

Czasem myślałam o Michału – szczególnie wieczorami, gdy Andrzej zasypiał przed telewizorem, a dzieci już spały. Zastanawiałam się, co by było, gdybym wtedy pojechała za nim do Warszawy. Czy byłabym szczęśliwsza? Czy on czekał na mnie tak samo? Nigdy nie miałam odwagi zapytać.

Pewnego dnia spotkałam go przypadkiem na dworcu PKP w Radomiu. Było lato, upał lał się z nieba. Stał przy kiosku z gazetami, starszy o kilka lat, ale ten sam uśmiech. „Cześć, Aniu” – powiedział cicho. Rozmawialiśmy może dziesięć minut: o pracy, rodzinie, życiu. Widziałam obrączkę na jego palcu – miał żonę i dwójkę dzieci. Pożegnaliśmy się szybko; on odszedł pierwszy.

Przez kolejne lata nasze drogi już się nie skrzyżowały. Czasem słyszałam o nim od wspólnych znajomych: że dobrze mu się powodzi, że dzieci zdolne, że żona chora na serce. Nigdy nie zadzwoniłam ani nie napisałam.

A teraz siedzę tu sama – wdowa po Andrzeju – i patrzę na nekrolog Michała. Czuję się tak, jakby ktoś zamknął przede mną ostatnie drzwi do przeszłości. Próbuję powstrzymać łzy, ale one płyną same.

W drzwiach staje Ola:
– Mamo? Wszystko w porządku?
Szybko wycieram oczy.
– Tak, córeczko… po prostu… wspominam tatę.
Ola siada naprzeciwko mnie i patrzy uważnie.
– Wiesz… czasem mam wrażenie, że byłaś smutna jeszcze zanim tata odszedł.
Zaskoczyła mnie tym wyznaniem.
– Dlaczego tak myślisz?
– Nie wiem… Po prostu czasem patrzyłaś przez okno tak długo… jakbyś czekała na coś albo na kogoś.
Nie odpowiedziałam. Jak mogłam jej powiedzieć prawdę? Że całe życie tęskniłam za kimś innym? Że byłam dobrą żoną tylko dlatego, że nie miałam odwagi być szczęśliwa?

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Wzięłam do ręki stary album ze zdjęciami – Andrzej z dziećmi na plaży w Ustce, ja z Olą na rowerze pod blokiem, Tomek z psem na działce u teściowej… Wszystko takie zwyczajne i takie dalekie od tego, co czułam naprawdę.

Następnego dnia poszłam na cmentarz – najpierw do Andrzeja, potem… do Michała. Jego grób był prosty: biała tabliczka z imieniem i nazwiskiem oraz datami życia. Położyłam tam polne kwiaty i usiadłam na ławce obok.
– Przepraszam – wyszeptałam – że nigdy nie miałam odwagi ci powiedzieć…
Łzy kapały mi na dłonie.
– Może gdybym wtedy pojechała za tobą… może wszystko byłoby inaczej…
Ale przecież nie można cofnąć czasu.

Wróciłam do pustego mieszkania i długo patrzyłam w okno na szare bloki Radomia. Czy można przeżyć życie obok własnych marzeń? Czy można być szczęśliwym tylko przez chwilę – przez jedno spojrzenie na korytarzu liceum?

Czasem myślę: czy lepiej żałować tego, co się zrobiło… czy tego, czego nigdy się nie odważyło zrobić?

A Wy? Czy mieliście kiedyś uczucie, które baliście się wyznać? Czy można być szczęśliwym tylko przez wspomnienia?