Moja teściowa żąda, żebym znowu przygotowała Wigilię – ale tym razem powiedziałam NIE. Oto dlaczego…

– Marzena, przecież wiesz, że nikt nie zrobi tego tak dobrze jak ty – powiedziała teściowa, patrząc na mnie przez okulary, które zawsze zsuwały jej się z nosa. Stałam w kuchni, jeszcze w fartuchu, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie po myciu naczyń. W tle słychać było śmiech dzieci i odgłosy telewizora, ale ja czułam tylko ciężar jej słów.

Zeszłoroczna Wigilia była dla mnie jak maraton bez mety. Przez trzy dni gotowałam, sprzątałam, dekorowałam dom, a potem przez całą noc zbierałam talerze i słuchałam narzekań, że barszcz za słony, a makowiec za suchy. Mój mąż, Tomek, siedział z bratem przy stole i śmiał się z ich wspólnych żartów, a ja czułam się jak niewidzialna służąca. Kiedy wszyscy wyszli, usiadłam na podłodze w kuchni i płakałam – z wyczerpania, frustracji i poczucia niesprawiedliwości.

W tym roku teściowa zadzwoniła już w listopadzie. – Marzenko, to już czas pomyśleć o Wigilii. Wszyscy liczą na twoje pierogi! – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Poczułam, jak ściska mnie w żołądku. Przez chwilę milczałam, a potem usłyszałam własny głos: – Nie, mamo. W tym roku nie dam rady.

Zapadła cisza. Po drugiej stronie słuchawki słychać było tylko jej ciężki oddech. – Jak to nie dasz rady? – zapytała w końcu lodowatym głosem. – Przecież to tradycja! Zawsze robisz Wigilię u siebie.

– Właśnie dlatego nie dam rady. Jestem zmęczona. Chciałabym też poczuć święta, a nie tylko je obsługiwać – odpowiedziałam drżącym głosem.

Tego wieczoru Tomek wrócił z pracy i od razu zauważył moją minę. – Co się stało? – zapytał z troską.

– Twoja mama chce, żebym znowu wszystko przygotowała na Wigilię. Powiedziałam jej, że nie dam rady.

Tomek westchnął i usiadł obok mnie na kanapie. – Wiesz, że ona tego nie zrozumie. Dla niej to oczywiste, że to kobieta organizuje święta.

– Ale ja już nie chcę być tą kobietą! – wybuchłam. – Chcę mieć święta dla siebie i dzieci. Chcę usiąść przy stole i poczuć magię tego dnia, a nie tylko zmęczenie i rozczarowanie.

Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Teściowa dzwoniła codziennie, próbując mnie przekonać: – Marzenko, przecież to tylko raz w roku…

– Mamo, proszę cię…

– Ja w twoim wieku miałam troje dzieci i wszystko robiłam sama! – wypominała mi przy każdej okazji.

W końcu przyszedł dzień rodzinnego spotkania. Siedzieliśmy wszyscy przy stole: ja, Tomek, jego brat Paweł z żoną Kasią, dzieci i oczywiście teściowa. Już od progu czułam jej chłód.

– No to jak będzie z tą Wigilią? – zapytała głośno, patrząc mi prosto w oczy.

Wszyscy ucichli. Nawet dzieci przestały się bawić.

– W tym roku chciałabym, żeby każdy coś przygotował – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Nie dam rady zrobić wszystkiego sama.

Paweł spojrzał na mnie zaskoczony. – Ale przecież zawsze robisz całość…

– I właśnie dlatego jestem potem wykończona – odpowiedziałam. – Chciałabym też mieć święta dla siebie.

Teściowa zacisnęła usta i spojrzała na Tomka. – No widzisz synku? Takie czasy nastały…

Kasia nagle odezwała się nieśmiało: – Ja mogę zrobić sałatkę jarzynową i sernik.

Paweł wzruszył ramionami: – Mogę kupić karpia.

Tomek spojrzał na mnie z wdzięcznością i powiedział: – Ja zajmę się dekoracjami i pomogę w kuchni.

Teściowa siedziała przez chwilę w milczeniu, a potem wyszła do drugiego pokoju. Usłyszałam ciche pociąganie nosem.

Wieczorem zadzwoniła do mnie moja mama.

– Marzenko, słyszałam od Tomka… Nie przejmuj się. Masz prawo do odpoczynku.

Poczułam ulgę i wdzięczność za te słowa. Ale w środku nadal miałam wyrzuty sumienia. Czy jestem złą synową? Czy łamię tradycję?

Wigilia przyszła szybciej niż myślałam. Każdy przyniósł coś swojego. Było mniej potraw niż zwykle, ale za to więcej śmiechu i rozmów. Po raz pierwszy od lat usiadłam przy stole bez bólu pleców i łez w oczach.

Teściowa przez większość wieczoru była milcząca, ale pod koniec podeszła do mnie i szepnęła: – Może masz rację… Może czasem trzeba odpuścić.

Patrzyłam na nią zdziwiona i wzruszona jednocześnie.

Dziś wiem jedno: granice są trudne do postawienia, zwłaszcza w rodzinie. Ale jeśli ich nie postawimy, nikt nie zrobi tego za nas.

Czy naprawdę musimy poświęcać siebie dla tradycji? Czy święta mają sens tylko wtedy, gdy ktoś cierpi w kuchni? Ciekawa jestem Waszych historii…